Środa, Wrzesień 15, 2010
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Ks. Isakowicz-Zalewski: Spece od “pojednania”

Środowiska probanderowskie z radością przyjęły informację, że kolejny dziennikarz “Gazety Wyborczej” otrzymał nagrodę. Tym razem wyróżniony został Marcin Wojciechowski (nie mylić z reżyserem Maciejem Wojciechowskim!), autor m.in. intelektualnego gniota pt.”Odczarować mit Kresów” oraz kilku paszkwili atakujących Kresowian,  w tym zwłaszcza moją skromną osobę.

Nagroda jest niszowa, mocno upolityczniona, a przyznaje je środowisko, które prawdę o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów chciałoby zalać betonem. No cóż, jak nagroda taki i laureat. W tym kontekście zamieszczam artykuł, który w zeszłym roku ukazał się w “Naszej Polsce”.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Spece od “pojednania”

Jaka jest “Gazeta Wyborcza”, każdy widzi. Naprawdę trudno o jakieś pozytywne niespodzianki z jej strony, na ogół dobór szczegółowych informacji i wszystkie komentarze łatwo przewidzieć.Tak było w wielu sprawach zasadniczych, dotyczących naszej niedawnej przeszłości. “Gazeta” wszczynała wielkie dyskusje i prowadziła je w takim kierunku, aby osiągnąć z góry zamierzony efekt. Jak coś szło nie tak, to dyskusja kończyła się nagle.

Jednym z takich dyżurnych tematów, który od pewnego czasu stale gości na łamach “GW”, są stosunki polsko-ukraińskie. I – jak na duży organ przystało – redakcja ma wyspecjalizowanego dziennikarza, który obsługuje tę dziedzinę. Jest nim Marcin Wojciechowski, o którym jeszcze będzie mowa.

Od dawna jest on rzecznikiem “pojednania” strony polskiej z ukraińską, a swe racje przedstawia bez obaw, że w “Gazecie” ktoś go solidnie skrytykuje, obnażając płycizny jego rozumowania i nicość stosowanej argumentacji.

Słowo “ludobójstwo” zakazane

Generalnie można to przedstawić tak: Ukraińcy podczas wojny i okupacji wyrządzili Polakom wiele zła. Ale, broń Boże, nie może paść słowo: ludobójstwo. Można pisać o rzeczach “strasznych”, “niepojętych”, zbrodni”, ale nie można rzeczy nazwać po imieniu, bo to szkodzi mitycznemu “pojednaniu polsko-ukraińskiemu”. Na czym to pojednanie ma polegać? Przede wszystkim nie wolno w żaden sposób posługiwać się terminem ludobójstwo i należy unikać wynikających stąd konsekwencji. Usłużni rzecznicy ułomnego pojednania robią wszystko, aby sprawę sprowadzić do wzajemnych win i krzywd, choć łaskawie przyznają, że po stronie polskiej było jednak więcej ofiar. Ale i tu następują ogromne przekłamania: Marcin Wojciechowski pisze, że “polskich ofiar podczas konfliktu na Wołyniu i w Galicji wschodniej było kilkakrotnie więcej niż ukraińskich” (“GW” z 12 lipca br.). Ma to stworzyć wrażenie, że Ukraińcy pacyfikowali Polaków, Polacy Ukraińców, jak to na wojnie. A przecież dobrze wiadomo, że ofiary po stronie ukraińskiej należy liczyć zupełnie inaczej – większość z nich padła także z rąk bojówek i band OUN-UPA. Byli to ludzie, którzy mieli polskich krewnych w rodzinach, którzy udzielali zakazanej pomocy znajomym i zaprzyjaźnionym Polakom, którzy wreszcie nie popierali z entuzjazmem ludobójczej polityki banderowskich “wojaków”. Dlaczego zatem trwa zakamuflowany proces “przerzucania” tych ofiar na stronę polską, że to my byliśmy winni ich śmierci? Nie ulega wątpliwości – po to, aby rozmywać i spłycać ludobójstwo na Polakach.

Kto winien? Oczywiście, my!

Drugą, bardzo istotną sprawą, jest stałe i nachalne poszukiwanie przyczyn konfliktu i ich skrajnie drastycznych form po stronie polskiej. Sięga się przy tym aż do XVII wieku i wojen kozackich! Wspomniany Marcin Wojciechowski nie idzie aż tak daleko. Napisał bowiem tak: “nie sposób zrozumieć tych wydarzeń – spirali przemocy i masowego poparcia ludności ukraińskiej dla działań UPA – bez przyznania, że przedwojenna polityka II RP wobec Ukraińców i innych mniejszości była fatalna”. Czyli – idąc tropem odkrywczej myśli autora tych słów – jeśli wreszcie przyjmiemy do wiadomości, że zawiniła przedwojenna polityka państwa polskiego, to “te wydarzenia” staną się dla nas całkiem zrozumiałe. Co dalej? Zapewne powinniśmy przyjąć fakt popełnionych masowych mordów i eksterminacji miejscowej ludności (głównie kobiet i dzieci) z całkowitym zrozumieniem, z wyrozumiałością, czyli…

Aż nie śmiem przypuszczać, co dalej, ale wniosek nasuwa się sam – w ostatecznym rozrachunku trzeba byłoby przyjąć, że po prostu sami sobie jesteśmy winni. Bo inaczej się nie da, skoro aż tak głęboko doszukujemy się polskiej winy. Niech nas nie zmylą też słowa autora: “Nie piszę tego, by usprawiedliwiać nacjonalistów z UPA, ale po prostu próbuję zrozumieć tamte czasy”. Samo “rozumienie tamtych czasów” absolutnie nic nam nie daje, tym bardziej że autor sprawa wrażenie, że niewiele z tego zrozumiał. Jeśli bowiem naprawdę wszystkiemu jest winna “przedwojenna polityka II RP wobec Ukraińców i innych mniejszości” , to dlaczego Białorusini i Litwini nie rżnęli Polaków analogicznie, jak to robili Ukraińcy? Dlaczego tego nie robili Polacy wobec Ukraińców, którzy otrzymali przecież od niemieckich okupantów znaczne przywileje, które nader często wykorzystywali do gnębienia ludności polskiej? Dlaczego Polacy nie wystąpili na analogiczną skalę wobec Litwinów, którzy również byli bardzo faworyzowani przez Niemców i ich zachowanie wobec polskiej społeczności było co najmniej naganne?

Dla Wojciechowskiego ks. Isakowicz-Zaleski to Erika Steinbach

I rzecz w tym wszystkim najważniejsza. Liczy się nie tylko skala polskich ofiar, które padły z rąk ukraińskich band i watah uzbrojonych na ogół w siekiery i widły. Pamiętajmy, że były to głównie bezbronne kobiety i dzieci, a znaczna ich część zamordowana została w kościołach, gdzie szukali ostatniego schronienia. I pamiętajmy, jak wielki był stopień bestialstwa i okrucieństwa, wyrafinowanych tortur i zadawanych męczarni swym ofiarom przez “wojaków” z UPA i wiejskich band. Tu nie ma żadnego usprawiedliwienia i nie da się tego tłumaczyć, jak to robi Wojciechowski, “radykalizacją nastrojów” wśród Ukraińców, spowodowaną złą polityką II RP. Dużo większa część Ukrainy znalazła się przecież, na skutek I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, w czerwonym imperium Lenina i Stalina. Czy tam Ukraińcom było lepiej niż w przedwojennej Polsce? Uzyskali tam tak szeroką swobodę narodową i kulturalną? A jakoś nie słychać, aby tam właśnie doszło do jeszcze większej radykalizacji i masowego ludobójstwa na miejscowych Rosjanach.

Marcin Wojciechowski pozwolił sobie napiętnować publicznie rzecznika prawdziwego pojednania z Ukraińcami, opartego na prawdzie, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, z – uwaga! – Eriką Steinbach! Ta ostatnia prowadzi od lat określoną kampanię, posługuje się fałszywym statusem “wypędzonej” Niemki przez Polaków z jej “ziemi ojczystej”, choć urodziła się na terenie niemieckiej okupacji w rodzinie niemieckiego żołnierza zasiedlonego w polskiej Rumii. Uciekła stamtąd z rodziną już na początku 1945 r., jeszcze przed ustąpieniem okupacyjnych wojsk niemieckich. Co to więc za wypędzenie?

Jakie tak jawnie kłamliwe elementy znajduje Marcin Wojciechowski w życiorysie ks. Isakowicza-Zaleskiego – to jego sprawa i jego sumienia. Z wielkim przekąsem stwierdza, że wyrasta on “na nieformalnego krajowego duszpasterza kresowian”. Tak jest i ma do tego szczególne prawo – sam jest Kresowianinem, polskim Ormianinem, ocalonym z zagłady z rąk OUN-UPA. Czego można chcieć więcej? Wojciechowski domaga się od księdza zupełnie innego spojrzenia, albowiem “robi to sposób jednostronny, wyrwany z kontekstu, przedstawia ukraińskich nacjonalistów jako bestialskich oprawców, a Polaków jako niewinne ofiary ludobójstwa”. I znowu – płytkość myśli dziennikarza “GW” widać jak na dłoni. Dziennikarz aż tak dużo przecież nie chce. Wystarczy, aby ksiądz nie przedstawiał “ukraińskich nacjonalistów jako bestialskich oprawców, a Polaków jako niewinne ofiary ludobójstwa”, i już to będzie do przyjęcia. Zapewne tylko na początek…

Wojciechowski poprawny politycznie

Wojciechowski wymaga, aby ks. Isakowicz-Zaleski zrozumiał, że nie ma jednej prawdy. To jego logika i wymogi jego gazety, choć brzmi to bardzo pokrętnie. Dlaczego sam jest zwolennikiem rozdzielania prawdy, jak włosa, na czworo? I czy robi to w każdym przypadku, każdych zbrodni? Oczywiście, że nie. Dlaczego? To już jego słodka tajemnica. Aby zrozumieć z tego nieco więcej, sięgnijmy do popularnej Wikipedii, gdzie niektórzy autorzy i twórcy lubią prezentować swe sylwetki i dokonania. Marcin Wojciechowski oczywiście tam jest, a jakże. W polskiej wersji możemy o nim przeczytać m.in: “Dziennikarz działu zagranicznego »Gazety Wyborczej«. [...] Znawca tematyki wschodniej, wieloletni korespondent »Gazety Wyborczej« w Kijowie i Moskwie. Autor m.in. filmów »Za Niemen« (1998) i »Czekając na Minjan« (2000), poświęconych głównie tematyce historyczno-społecznej, dziejom Polaków na Wschodzie i Żydów polskich. Jest również autorem artykułów opisujących relacje polsko-ukraińskie, w tym zagadnienia z okresu II wojny światowej. Był jednym z sygnatariuszy apelu do władz miasta Warszawy w sprawie protestu przeciwko budowie na pl. Grzybowskim pomnika ofiar OUN-UPA przygotowanego na zamówienie Ogólnopolskiego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez OUN-UPA na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich”.

Leszek Żebrowski, Nasza Polska 29/2009

Środowiska probanderowskie z radością przyjęły informację, że kolejny dziennikarz “Gazety Wyborczej” otrzymał nagrodę. Tym razem wyróżniony został Marcin Wojciechowski (nie mylić z reżyserem Maciejem Wojciechowskim!), autor m.in. intelektualnego gniota pt.”Odczarować mit Kresów” oraz kilku paszkwili atakujących Kresowian,  w tym zwłaszcza moją skromną osobę.

Nagroda jest niszowa, mocno upolityczniona, a przyznaje je środowisko, które prawdę o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów chciałoby zalać betonem. No cóż, jak nagroda taki i laureat. W tym kontekście zamieszczam artykuł, który w zeszłym roku ukazał się w “Naszej Polsce”.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Środowiska probanderowskie z radością przyjęły informację, że kolejny dziennikarz “Gazety Wyborczej” otrzymał nagrodę. Tym razem wyróżniony został Marcin Wojciechowski (nie mylić z reżyserem Maciejem Wojciechowskim!), autor m.in. intelektualnego gniota pt.”Odczarować mit Kresów” oraz kilku paszkwili atakujących Kresowian,  w tym zwłaszcza moją skromną osobę.

Nagroda jest niszowa, mocno upolityczniona, a przyznaje je środowisko, które prawdę o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów chciałoby zalać betonem. No cóż, jak nagroda taki i laureat. W tym kontekście zamieszczam artykuł, który w zeszłym roku ukazał się w “Naszej Polsce”.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Logowanie