Niedziela, Luty 05, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Nasza Polska

Emigranci o Smoleńsku

- To jedyny sposób, by zwrócić uwagę Wielkiej Brytanii i Europy na to, że tragedia smoleńska nie jest tylko polską sprawą. Smoleńsk jest jednym z elementów gry, którą Rosja prowadzi przeciwko demokratycznemu, wolnemu światu - powiedział dr Marek Laskiewicz, przewodniczący Polskiej Wszechnicy w Wielkiej Brytanii podczas grudniowego "Marszu Smoleńskiego" zorganizowanego w Londynie. Tego dnia kilkudziesięciu Polaków spotkało się wczesnym popołudniem na Trafalgar Square. Po wiecu, podczas którego porównano wydarzenia w Smoleńsku do krwawej katyńskiej historii, polscy emigranci pod przewodnictwem dr Laskiewicza udali się do House of Parliament (Izby Lordów) w celu przekazania listu z prośbą o pomoc przy badaniu przyczyn katastrofy smoleńskiej. Według uczestników Marszu polski rząd nie wykazuje chęci do wyjaśnienia tragedii z 10 kwietnia 2010 roku. "Marsz Smoleński" zorganizowała Polska Wszechnica w Wielkiej Brytanii. (poniżej prezentujemy galerię zdjęć z tego wydarzenia autorstwa red. Rafała Misztala). (RWW)








 

Kowalewska: Przyszłość gospodarki morskiej

W ubiegłą sobotę w Sejmie odbył się nadzwyczajny Kongres Polskiego Stowarzyszenia Morskiego–Gospodarczego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w czasie którego wybrano nowe władze stowarzyszenia. Nie zabrakło wystąpień i dyskusji na temat bieżących problemów gospodarczych oraz propozycji dotyczących przeszłościowego kształtu tej organizacji. Wśród zaproszonych gości pojawił się m.in. prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, przewodniczący Klubu sejmowego PiS Mariusz Błaszczak oraz członek Polityki Pieniężnej profesor Andrzej Kaźmierczak.

- Sprawa, która was połączyła, to sprawa polskiej, zdrowej gospodarki, która jest wspólna dla tych wszystkich, którzy uważają, że dobro publiczne jest jedyną i właściwą przesłanką społecznego zaangażowania  - mówił Jarosław Kaczyński. Podkreślał również,  że nie tylko w interesie Stowarzyszenia Morskiego–Gospodarczego jest podejmowanie działań w celu nadrobienia opóźnień w rozwoju gospodarczym Polski, która plasuje się na dalekiej pozycji pod tym względem wśród europejskich krajów, ale wszystkich obywateli na czele z rządzącymi. Zauważył również, że “osoby należące do kręgu sił niepodległościowych i patriotycznych koncentrują się na tym, co jest złe” w gospodarce, ponieważ “faktyczny kształt systemu ekonomicznego jest w dzisiejszym nurcie pomijany”.  - Polska gospodarka morska od 1989 roku była realna – stwierdził Kaczyński, wskazując na to, że nasze państwo miało duży potencjał w rozwoju przedsiębiorstw morskich, stoczni i floty. Prezes PiS podkreślił również, że gospodarka morska “w ciągu ostatnich 22 lat została radykalnie zdegradowana”. - Upadły stocznie i przedsiębiorstwa - zauważył były premier, wskazując na różne działania władzy, które doprowadziły do wielu strat w tej dziedzinie. – Potencjał energii i inwencji Polaków od 1989 roku został wykorzystany w niewielkim stopniu – przekonywał w swoim wystąpieniu Kaczyński.
Ko
Natomiast Zbigniew Sulatycki, kapitan żeglugi wielkiej, założyciel Stowarzyszenia i jego honorowy prezes, zauważył, że  “polski przemysł okrętowy według światowych specjalistów był jednym z najważniejszych filarów gospodarki narodowej”.  - Mieliśmy wszystko, włącznie ze wspaniałymi ludźmi, których kształciła Politechnika Gdańska, a część z nich zajmowała najwyższe stanowiska w przemyśle okrętowym na świecie – przypominał  Sulatycki w czasie swojego przemówienia. Przywołał także krótko historię powstania Polskiego Stowarzyszenia Morskiego-Gospodarczego, które nosi imię Eugeniusza Kwiatkowskiego, polskiego wicepremiera i ministra skarbu, przemysłu i handlu II Rzeczypospolitej, który przyczynił się do stworzenia gospodarki morskiej w Gdyni. Sulatycki wspomniał również lata 80., w których “ludzie z ministerstwa gospodarki za bezcen chcieli oddać nowoczesną stocznię w Gdyni”.  - Eugeniusz Kwiatkowski przewraca się w grobie, widząc, co dzieje się nie tylko z gospodarką morską, ale z całą polską gospodarką narodową, która bezkompromisowo służy obcym –  powiedział kapitan. Jego zdaniem, “znalazła się grupa ludzi, która ma ster w ręku i która służy zarówno stronie wschodniej, jak i zachodniej, zarówno Moskwie, jak i Berlinowi”. – Koncepcje Kwiatkowskiego, polegające na tworzeniu dużych przedsiębiorstw, które miałyby utrzymywać Polskę na arenie międzynarodowej i których zadaniem jest zabezpieczanie suwerenności kraju, są naprawdę godne realizacji – stwierdził profesor Andrzej Kaźmierczak. Dodał również, że “sytuacja jest trudna, ale potrzeba nam wytrwałości, cierpliwości oraz optymizmu”. – Dzisiaj mogłoby być tak, że postęp gospodarczy były znacznie większy, a wszelkie straty mniejsze. Nie oznacza to jednak, że osiągnęlibyśmy poziom Niemiec, a strategiczne cele byłyby zrealizowane, ale znajdowalibyśmy się w zupełnie innej sytuacji – zauważył prezes PiS. Ponadto zachęcił do tego, aby “przeciwstawiać się panującemu dzisiaj w Polsce układowi interesów, który w ostatnich latach znacznie umacnia się, ponieważ ma wsparcie w obecnej władzy”. Z kolei przybyły z Nowego Jorku Adam Bąk, członek Stowarzyszenia, zaproponował, aby stało się ono grupą lobbingową, która nie powinna bać się wpływać na decyzje polityków w sprawach gospodarczych.

Nowo wybrany prezes Stowarzyszenia Bogusław Kowalski potwierdził te słowa, mówiąc, że “Stowarzyszenie powinno łączyć w sobie cechy nowoczesnego think tanku i grupy lobbingowej”. - Polska potrzebuje nowych idei i ludzi potrafiących wdrożyć je w życie. Spróbujemy wyjść temu naprzeciw – zaproponował Kowalski. - Ten kongres jest ważnym krokiem i mam nadzieję, że wniesie ważny element do odbudowy naszej ojczyzny – podsumował kapitan Sulatycki, wzywając do tego, aby inwestować w dobrych analityków i ludzi, którzy potrafią zbierać informacje oraz umiejętnie przetwarzać je, a także tych, którzy będą potrafili przewidzieć sytuację ekonomiczną kraju w przyszłości”.

Magdalena Kowalczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.
 

Pawlas: Pasożytnictwo polityczne

Nie jest tajemnicą, ale też nie jest sensacją i skandalem, że za PO-rządów nomenklatura funkcjonuje równie sprawnie, jak w PRL-u. Nie trzeba być fachowcem, by partia zagospodarowała dla swoich celów kapitał ludzki. Tomasz Tomczykiewicz, z trudem wysławiający się w śląskiej gwarze, będzie nadal wykazywał bezgraniczną lojalność, tym razem jako człowiek premiera u boku wicepremiera W. Pawlaka. W końcu nie trzeba nawet głosów elektoratu. Wystarczy, że partia pamięta.

Zasługi M. Sekuły w zaciemnianiu afery hazardowej nagrodziła stanowiskiem podsekretarza stanu w resorcie finansów (ponad 12 tys. zł brutto). Inni byli parlamentarzyści też mogą liczyć na synekury. Bliżej nieznany Tadeusz Patalita (wykształcenie średnie) będzie chronił przed powodziami w Małopolsce. Podobnie Paweł Orłowski (chociaż premierowski krajan) awansował na zastępcę szefowej resortu rozwoju regionalnego. Józef Klim (prawnik) i Leszek Cieślik (historyk) będą kierowali państwowymi firmami samochodowymi. Z kolei Marek Zieliński (inżynier maszyn roboczych) zajmie się ochroną środowiska. Z takim staraniem montowana administracja państwowa gwarantuje intensywną produkcję państwowych papierów dłużnych z pożytkiem dla zagranicznych rynków finansowych. W rewanżu może znajdzie się jakaś posadka dla wybitnych drukarzy obligacji skarbowych.

Odkąd niegdysiejsi obrońcy robotników nie bronią nawet bezrobotnych, zaś udekorowani najwyższymi odznaczeniami, statystują u dworu B. Komorowskiego, upodmiotowienie pracowników przeszło do legendy. Lewica, chełpiąca się tzw. wrażliwością społeczną, kompromituje się dzięki poselskim oświadczeniom majątkowym. Przynajmniej tyle mogą rozeznać podatnicy, bo przecież nie każdy ma okazję zwiedzać parking sejmowy. Jaguar R. Kalisza, który tylko dzięki łaskawości A. Kwaśniewskiego zachował licencję kauzyperdy, nie jest bynajmniej osamotniony. Nieco młodszym dysponuje B. Arłukowicz, który kilkumiesięczne nieróbstwo na stanowisku ministra wykluczonych (11 tys. zł) stara się nadrobić jako minister zdrowia, oszczędzając na pacjentach, choć głosował przeciwko ustawie refundacyjnej.

Kawiorowa lewica już w czasach PRL-u dzielnie służyła społeczeństwu. O jej osiągnięciach na kontach szwajcarskich krążyły plotki i domysły. W 1970 roku protestujący robotnicy domagali się ujawnienia tajemniczych rachunków, m.in. premiera Cyrankiewicza. Dopiero niedawno strona szwajcarska przekazała polskiej prokuraturze informacje o kontach spekulantów transformacyjnych. Reszta – rachunki funkcjonariuszy partyjnych – pozostaje milczeniem.

Feministkom też nieźle się wiedzie, sądząc po rozgłosie medialnym, jakim się cieszą. W jakim stopniu zawdzięczają to feministom – takim jak J. Żakowski, Wiktor Osiatyński czy apostata Stanisław Obirek – nie wiadomo. W każdym razie, lansując aborcję jako prawo człowieka, zebrały raptem 30 tys. podpisów pod projektem ustawy sejmowej. To niewątpliwie klęska uprzywilejowanej mniejszości, podobna do kompromitacji “Krytyki Politycznej”, która usiłowała zakłócić Marsz Niepodległości. Niemniej, “Nowy Wspaniały Świat” wciąż wynajmuje lokal po preferencyjnej stawce od stołecznego magistratu. Zresztą magistrat nadal bawi się w lewicowego filantropa, wspaniałomyślnie wynajmując warszawskiemu SLD pomieszczenia po 12,5 zł za metr kw.
Pieniądze

Zanim Sejm kontraktowy uchwalił ustawę o przejęciu majątku PZPR przez skarb państwa (weszła w życie w lutym 1991 roku), szacowanego na 98 mld zł, już zagospodarowała go SdRP. Ostatecznie, we wrześniu 1997 roku M. Belka, minister finansów, zgodził się, by SdRP spłaciła dług w wysokości 4,5 mln zł (choć sprawa leżała w gestii resortu skarbu). Wcześniej, partia postarała się o pożyczkę od towarzyszy rosyjskich, ale to przestępstwo skarbowe zostało umorzone. Tow. L. Miller z reklamówką wypchaną dolarami i złotówkami przeszedł do historii jako przykład skuteczności działania rosyjskiej agentury wpływu. Jakoż odnośne służby nie zainteresowały się jego kontaktami z biznesem, z klubem wandalskim, nawet wtedy, gdy znów znalazł się w Sejmie. Oczywiście, można było znacjonalizować majątek PZPR, tworząc równe warunki startowe dla partii politycznych, ale przecież nie po to był “okrągły stół”, by powstały ugrupowania narodowe, chadeckie, a komuniści zostali zmarginalizowani. Rząd T. Mazowieckiego i posłowie OKP zablokowali ten pomysł.

Stronnictwa sojusznicze też przeniosły swe majątki (szacowane na kilka mln dolarów) przez miłosierną rzekę transformacji. Zasoby SD wykorzystywał jeszcze P. Piskorski. ZSL zmieniło szyld na PSL Odrodzenie i do dziś utrzymuje się przy władzy, wykazując zgoła magiczne zdolności koalicyjne. Co więcej, nauczyło się korzystać z UE-kasy, którą to umiejętność wykazywało podczas niedawnych wyborów sejmowych. Wcześniej PO promowała się do Parlamentu Europejskiego z funduszy Europejskiej Partii Ludowej, ale prokuratura tak się uniezależniła od rzeczywistości, że nie dostrzegła w tym niczego złego. Tak jak w cudownym elektoracie J. Palikota, na którego kampanię hojnie łożyli emeryci i studenci.

Posłowie osiągają taką perfekcję w traktowaniu polityki jako służby publicznej, tak produktywnie potrafią troszczyć się o dobro wspólne, że bez trudu zwielokrotniają w ciągu kadencji swoje finanse. A. Gut-Mostowy (PO) miał 1 mln zł, a przez cztery lata doszedł do 6 mln (z dzierżaw i akcji – jak pisze w oświadczeniu). M. Filar (niezrzeszony) z 1 mln zł doszedł do 2 mln (wspólnota majątkowa z żoną). Premier ma 450 tys. zł kredytu hipotecznego, będącego własnością jego dzieci. Wicepremier W. Pawlak zaoszczędził 85 tys. zł. Najlepsze głowy do interesów mają posłowie rządzącej partii (szkoda, że tak niewiele mają z tego podatnicy) oraz lewicy. Niezależnie do tego zaniżają wartość nieruchomości, zapominają wpisywać dochody, ale CBA traktuje to pobłażliwie.

Fundacje

L. Balcerowicz, czołowy transformer Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej, puścił z torbami półmilionową rzeszę pracowników PGR-ów. Mogłoby się wydawać, że zakładając fundację – gdy już spoczął na laurach pezetpeerowskiego ekonomisty, który rozwalił peerelowską gospodarkę – będzie starał się w jakiś sposób zadośćuczynić bezrobotnym (dożywotnio spauperyzowanym) pracownikom rolnym – ale gdzie tam! Szkoli młode pokolenie fanatycznych monetarystów i prywatyzatorów, chwaląc się przejrzystością działalności fundacji. Co prawda, to prawda. Gdy prezesował w NBP, przedsięwzięciem kierowała jego żona, ale pieniądze z banku napływały. Nikt nie widział w tym konfliktu interesów, chociaż w innych krajach urzędnicy państwowi oddają swoje biznesy funduszom powierniczym.
To niejedyna różnica. Fundacje zakładają ludzie zamożni dla realizacji jakichś szlachetnych celów. Jednym słowem – fundator to ofiarodawca. Tymczasem w naszym kraju – jak sępie organizacje pozarządowe – fundacje wysysają środki publiczne, rzadziej firmowe. J. Kwaśniewska wysyłała swego czasu pisma do państwowych przedsiębiorstw o wsparcie swej fundacji. A. Franczak, wiceminister zdrowia, zarządzał fundacją wspomaganą przez firmy farmaceutyczne. Zrezygnował z funkcji dopiero po paru latach pracy w resorcie. Jednak wyższy stopień specjalizacji to fundacje pełniące w zasadzie funkcje marketingowe globalnych koncernów bądź zadania propagandowe realizujące rację stanu obcego państwa. Pracować u takich dobrodziei, to żyć nie umierać. Nie jest tajemnicą, że rząd niemiecki wydaje na działające w naszym kraju fundacje dziesiątki milionów euro.

Z oświadczenia majątkowego W. Nowickiej wynika, że, zarządzając fundacją, zarabiała 7,4 tys. zł brutto. Zdołała też uciułać 100 tys. zł, 50 tys. USD i ok. 13 tys. euro. Całkiem nieźle, jak na feministkę zajmującą się prokreacją (czyli aborcją) i edukacją seksualną, której aktywność finansowały firmy farmaceutyczne, produkujące środki antykoncepcyjne. Jej wieloletnia działalność, łącząca reklamę tych środków z ideologią proaborcyjną, docenił elektorat J. Palikota oraz posłowie rządzącej koalicji, promując ją na wicemarszałka Sejmu.
Dziedziczenie

Tak jak immunitet sejmowy latami chroni posła W. Dzikowskiego (PO) przed osądzeniem nieprawidłowości, jakiej był dokonał, wójtując w Tarnowie Podgórnym, tak glejtem do kariery w Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej jest PZPR-owska czy SB-ecka legitymacja przodków bądź pokrewieństwo z PRL-owską nomenklaturą. Jednym słowem – ojciec w służbach, syn w bankowości, córka w zaprzyjaźnionych mediach. Czerwone dynastie w TVP przeszły już do legendy, tym głośniejszej, im lepiej powodzi się ich członkom. Kolejne pokolenia zstępnych B. Bieruta kreują polityką zagraniczną. Po prostu progeniturze funkcjonariuszy partyjnych czy agentury nie wypada nie uprawiać lewicowej propagandy w publicznych mediach czy wozić się na publicznej kasie w Sejmie, administracji czy firmach państwowych. A wszyscy mają równe szanse na ordery B. Komorowskiego.

J. Wałęsa zwierza się medialnie, że do polityki skłoniła go chęć pomocy innym. Jednak nie zagrzał miejsca w Sejmie. Dzięki D. Tuskowi, który umieścił go na liście kandydatów, znalazł się w Parlamencie Europejskim. Być może z perspektywy brukselskiej jego szlachetne intencje znajdą bardziej efektywne urzeczywistnienie, ale przecież ludzi wymagających pomocy kreuje właśnie PO-państwo, którego premier uczynił go UE-posłem. Logiczna byłaby więc zmiana systemu, a nie wspomaganie ludzi będących jego ofiarami.

Wprowadzając podatek liniowy (19 proc.) dla firm i najbogatszych, postkomuniści zasłużyli sobie na dozgonną wdzięczność oligarchii transformacyjnej. Dzięki “grubej kresce” to R. Kalisz oskarża rząd J. Kaczyńskiego, a nie ten ostatni towarzyszy za aferę węglową, przeciekające domy dla powodzian zainstalowane przez min. B. Blidę czy niegodne polityków jej kontakty ze światem biznesu i przestępczości. Urzędujący przez dwie kadencje A. Kwaśniewski skutecznie zdewaluował odznaczenia państwowe, dekorując m.in. dziennikarzy “Trybuny Ludu”, kolaborantów stanu wojennego (M. Podkowiński, I. Gogolewski). Niezłomna tolerancja grubokreskowa sprawiła, że propagandziści zbankrutowanej “Trybuny Ludu” z powodzeniem dorabiają w mediach publicznych, po wytrzebieniu ich z wszelkiej prawicy. Węgierski elektorat wyłonił swoją reprezentację, która zdelegalizowała partię postkomunistów. Polscy podatnicy cierpliwie opłacają postkomunistów, ich dzieci i wnuki.

Czysty zysk

Udaje nam się wygrywać różne rzeczy – oświadczył premier w przerwie urlopowej, przynaglany skandalem i niesubordynacją w prokuraturze wojskowej, nie mówiąc o zapaści na rynku lekarstw. Właśnie podczas obrad Rady Ministrów zniknęły przepisy – uprzednio uzgodnione – do nowelizacji ustawy lekowej. Oczywiście zażywający rekreacji premier już dawno zapomniał o przedwyborczych obietnicach 300 mld zł czy podniesieniu prestiżu państwa (wejście do pakietu fiskalnego za cenę pożyczki). I też udaje się mu wygrywać, bo sprzyja temu amnezja elektoratu.

Druga kadencja nieudolnego PO-rządu to takie samo kuriozum, jak reelekcja A. Kwaśniewskiego. Niezależnie od szkód dla gospodarki i zagrożenia dla demokracji, PO-lityków czeka 4-letni dobrostan. Zaś przed opozycją chroni ich rozległa klientela polityczna, odkąd PO stała się gigantycznym pośredniakiem dla pączkującej biurokracji centralnej i samorządowej.

Jak utrzymuje J. Gowin, poseł PO, politycy to emanacja narodu. Zaiste, jaki naród, tacy politycy, co wcale nie oznacza, że obywatele nie mogą zmienić obecnego stanu rzeczy. Przecież dla podatników – opłacanie nieudolnego PO-rządu to czyste marnotrawstwo. Czy nie czas zatem wybierać do Sejmu ludzi, a nie partie? Po zmianie ordynacji wyborczej we Włoszech w latach 90. (ordynacja większościowa w okręgach jednomandatowych) 85 proc. dotychczasowych polityków musiała zakończyć swe kariery. W efekcie ograniczono korupcję, uzdrowiono wymiar sprawiedliwości.

Jerzy Pawlas
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.
   

Jaroszyński: Po co dziś sztuka?

Jesteśmy dziś zabiegani, zaaferowani i zmęczeni. Składają się na to problemy dnia codziennego, sytuacja polityczna w naszym kraju i światowy kryzys. Wprawdzie dzięki mediom możemy sporo się dowiedzieć, ale przy okazji wchłaniamy w siebie takie tony informacji, obrazów i dźwięków, że nasz system nerwowy tego już nie wytrzymuje. Jest tego po prostu za dużo. Czujemy się wręcz chronicznie zmęczeni, a każdy dzień przynosi nowe zmartwienia, nowe stresy. Jak odpocząć? Jak regenerować siły?
Oczywiście, kolorowe tygodniki i na to znajdą radę, mogą to być tajniki medycyny chińskiej albo japońskiej, czasami w tej sprawie wypowie się jakaś gwiazda, jednakże rady te łatwiej czytać niż stosować, nie mówiąc już o ich skuteczności. My wiemy, że siły nasze najlepiej regeneruje aktywny kontakt z przyrodą, zaczynając choćby od spacerów po parku. Nawet o niezbyt ciekawej porze roku, jak obecnie zima, przebogata grafika bezlistnych drzew, przemykające wiewiórki, figlarnie świergoczące sikorki działają jak balsam na oczy, na uszy i ogólne samopoczucie. Nasze parki często jednak świecą pustkami, rodacy wolą siedzieć w ciasnych zazwyczaj mieszkaniach i oglądać telewizję lub stukać w klawiatury komputerów.
Ale jest jeszcze jedna forma regenerowania sił, która dziś również pozostaje w zaniku. To kontakt ze sztuką, prawdziwą sztuką. Sztukę taką można oczywiście znaleźć w muzeach, choć dawniej bywała i w polskich domach. Niestety, zniszczenia i grabieże z czasów zaborów i wojen doprowadziły domowe zbiory polskie do kompletnej ruiny. Dlatego w domach naszych trudno nawet o ładne pamiątki. A gdy brak dobrych przykładów i wzorów, to znika potrzeba otaczania się pięknem. Nie rozwija się też smak. To prowadzi do społecznego upadku kultury. Wtedy nasze oczy zalewa tandeta, a najludniejszym miejscem stają się supermarkety.
A jednak nie jest jeszcze tak źle, jeszcze można znaleźć przykłady świeżego piękna, które pomaga nam obudzić głębsze pokłady naszej duszy, by nabrać dystansu do samych siebie i do otaczającego nas świata. Są Polacy utalentowani, którzy nawet w tak niesprzyjających czasach oddają się tworzeniu. Można ich spotkać w naszym kraju, można i na świecie. Artysta podróżuje tam, gdzie znajdzie bliskie sobie dusze zainteresowane jego twórczością. Takim artystą jest choćby Jan “Dawid II” Kuraciński, rzeźbiarz, którego dzieła można było do niedawna podziwiać w warszawskiej Zachęcie. Jego droga twórcza zaczęła się w Górach Świętokrzyskich, potem był długi pobyt w Nowym Jorku, a od kilkunastu lat znowu Polska. A wszystko zaczyna się jak najzwyklej, dopiero potem mają miejsce rzeczy z pogranicza czarów. Bo na początku jest kloc starej lipy, bez sęków, o łagodnej i ciepłej fakturze. Takie drewno, po ścięciu, musi schnąć w sposób naturalny co najmniej przez 3 lata. Dopiero wtedy nadaje się do rzeźbienia, nie jest ani za twarde, ani za miękkie, i zachowa trwałość. Potem nasączane jest jeszcze pszczelim woskiem. Lipa to najstarsze drzewo, w którym nasi praprzodkowie rozpoczęli przygodę rzeźbiarską. Jest więc ciągłość tradycji, która przez tysiące lat wiąże rodzinę rzeźbiarzy wszystkich cywilizacji i kultur.

Na wystawie zatytułowanej “Sacrum i Profanum“, a więc to, co duchowe i święte w zderzeniu z tym, co materialistyczne i przyziemne, mogliśmy zobaczyć, w co przeradza się człowiek uduchowiony, a w co – człowiek żyjący tylko tym światem. Pan Jan Kuraciński nie boi się sztuki figuratywnej, choć ta przez współczesne salony i akademie jest obłożona anatemą. Tymczasem tutaj możemy zobaczyć, jak z płaskiej deski lipowej wyłania się ludzka twarz w jakimś przeogromnym skupieniu, reszty sylwetki można się domyślić. Tylko jeszcze w innym miejscu ukazują się dłonie, wysmukłe palce, gotyckie, złożone do modlitwy. Twarze i dłonie, dłonie i twarze. Czasem jest to dłoń dziewczęca, a czasem gruba, mocna, spracowana dłoń męska. Obok rzeźba ze środowiska profanum: potężny tułów, mała główka i mała rączka mocno ściskająca skarbczyk. To biznesmen. Przesuwamy wzrok dalej, a tu znowu twarz zamyślona, wypogodzona, czysta, i dłonie, które mogą wreszcie odpocząć, ludzkie dłonie.

Trudno żyć bez sztuki, zwłaszcza takiej, która skierowana jest na człowieka, dostrzegając jego udręki i trudy, ale równocześnie sztuki, która dostrzega w człowieku te zdumiewające przebłyski ducha. One są, one muszą w nas oddychać, byśmy byli sobą i żyli bardziej po ludzku. I właśnie takiego ducha potrafi odsłonić rzeźba, sztuka ze wszech miar cudowna, jeśli tylko w lipowym drewnie zanurzają się dłonie mistrza. Pan Jan jest takim mistrzem.

Piotr Jaroszyński
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.
 

Zastrzeżenia do uroczystości w Katyniu – ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Mam trzy zastrzeżenia do tegorocznych obchodów rocznicy zbrodni katyńskiej, w której wezmą udział premierzy Polski i Rosji a trzy dni później pojedzie tam prezydent. Po pierwsze, władze Polski nie powinny dać się podzielić, premier i prezydent powinni pojechać do Katynia razem. A tak zyskuje tylko i wyłącznie Władimir Putin, który jest osobą pociągającą za sznurki, kształtującą  rzeczywistość polityczną w Polsce.



Drugie zastrzeżenie dotyczy tego, że nie wiemy co Putin powie. Rosyjski premier chce połączyć ludobójstwo, dokonane na Polakach, z innymi zbrodniami władz sowieckich nie tylko w Katyniu, ale także w innych miejscach. Równocześnie warto pamiętać, że zbrodnia katyńska była częścią zagłady narodu polskiego, bo trzeba przypomnieć także o zsyłkach na Sybir czy do Kazachstanu, mordach dokonywanych przez NKWD. Putin całą to wielkie negatywne wydarzenie chce wpisać w inne ludobójstwo, dokonywane przez stalinowców na narodzie rosyjskim.

Trzecia kwestia jest taka, że Putin jak dotąd nic nie zrobił dla wyjaśnienia zbrodni katyńskiej. Do dnia dzisiejszego władze Rosji nie udostępniły dokumentów, dotyczących tej zbrodni, co więcej wielokrotnie różni przedstawiciele władz mówili, że nigdy dokumenty nie zostaną udostępnione. Według mnie kolejność powinna być całkiem inna. Rosja powinna otworzyć archiwa, Putin powinien wyraźnie przeprosić Polaków za dokonaną zbrodnię i prosić o przebaczenie, dopiero w trzeciej kolejności powinno się odbyć spotkanie dwóch premierów. Jest pytanie czy ta uroczyśtość nie obróci się na niekorzyść Polaków, czy nie dojdzie do zatarcia prawdy historycznej na temat tego wydarzenia.

Obecny polski premier jak i jego poprzednicy nie mają żadnej wizji polityki wschodniej, zawsze po macoszemu traktowali Europę wschodnią, są zapatrzeni w Brukselę i Waszyngton, to jest dla nich najważniejsze. Putin jest doskonałym graczem politycznym i decyduje, kto przyjedzie, kiedy przyjedzie, co wolno będzie polskiemu premierowi, a co nie. Donald Tusk powinien domagać się w imieniu rządu otwarcia rosyjskich archiwów, jasnej deklaracji ze strony rządu w Moskwie o uznaniu ludobójstwa, dokonanego na Polakach, obywatelach II Rzeczpospolitej. Ani w jednej ani w drugiej sprawie nie widać żadnych działań, zwłaszcza postępowanie ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego polega na daleko idących ustępstwach.

Źródło: Z wywiadu dla Netbird

dodał RWW
   

JPAGE_CURRENT_OF_TOTAL

Logowanie