Środa, Luty 22, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Złoty interes na polskich pacjentach

Rządy III RP sprzedały branżę farmaceutyczną głównie obcemu kapitałowi, który dziś zarabia na refundacji leków z budżetu państwa

Bałagan, który od nowego roku rząd zafundował lekarzom, aptekarzom i pacjentom, jest dobrą okazją, by przyjrzeć się całemu systemowi refundacji leków w naszym kraju. I sprawdzić, kto na tym systemie najwięcej zarabia, a więc dla kogo w rzeczywistości jest on stworzony.
Plan finansowy Narodowego Funduszu Zdrowia na rok 2012 zakłada przychody i wydatki w wysokości ok. 64,5 mld zł. Tyle NFZ zamierza zebrać z naszych składek i wydać na nasze leczenie. W tej kwocie mieszczą się także wydatki na refundację leków – Fundusz zaplanował na ten cel prawie 8,3 mld zł. W ubiegłym roku było to nieco ponad 8,6 mld zł (przy ogólnych wydatkach NFZ wynoszących 61,3 mld zł), w roku 2010 – ponad 8,5 mld zł (na ok. 60,2 mld zł), w 2009 – ok. 7,7 mld zł (na ok. 57,5 mld zł), w 2008 – ponad 7,4 mld zł (na ok. 55,2 mld zł).

A zatem z roku na rok wydatki na refundację leków rosną – jedynie w tym roku nastąpiło pewne ich ograniczenie, zapewne związane z ogólną “polityką oszczędnościową” rządu. Ale wart dziś ponad 8 mld zł rynek leków refundowanych i tak jest kurą znoszącą złote jajka. Jajka, które trafiają do nielicznych.

“Hojni” Brytyjczycy

Od kilku lat w corocznych sprawozdaniach z działalności NFZ można znaleźć bardzo ciekawe zestawienie. Nosi ono nieco enigmatyczny tytuł: “Podmioty odpowiedzialne, których produkty generowały najwyższe koszty refundacyjne” (w danym roku). Mówiąc jaśniej, jest to lista firm farmaceutycznych, które najwięcej zarabiają na refundacji leków z budżetu państwa. Skład tej listy, a nawet kolejność podmiotów na niej, w zasadzie pozostaje niezmienna. Najbardziej zmieniają się kwoty, które z roku na rok rosną.

Niekwestionowanym liderem owego zestawienia pozostaje Glaxo Wellcome Found. W 2008 r. ten brytyjski koncern zainkasował z polskiego budżetu ponad 538 mln zł, w 2009 r. – ponad 477 mln zł, a w 2010 r. – ponad 504 mln zł. A zatem w ciągu zaledwie trzech lat – ponad 1,5 mld zł. Porównajmy to z kwotą 770 mln zł, jaką Glaxo zapłacił za 80 proc. akcji Polfy Poznań, sprywatyzowanej w styczniu 1998 r. przez ministra Emila Wąsacza z rządu Buzka (pozostałe udziały dokupił w kwietniu 2009 r. za 46 mln zł). Brytyjczycy kupili więc jedną z największych polskich firm farmaceutycznych za niespełna dwuletnie zyski, jakie otrzymują od państwa w ramach refundacji leków!
Ten sam koncern na swojej stronie internetowej chwali się, że do tej pory zainwestował w Polsce blisko 1,6 mld zł – “przede wszystkim w modernizację i rozwój infrastruktury poznańskich zakładów”. Bardzo pięknie to brzmi, tyle że taką właśnie kwotę Glaxo zainkasował z naszego budżetu tylko w latach 2008-2010! A przecież refundacja nie zaczęła się w roku 2008 ani nie skończyła w 2010 (niestety NFZ nie podaje wcześniejszych danych, a dane za rok ubiegły będą znane najwcześniej w marcu). Czy jest gdzieś na świecie lepsze miejsce do robienia interesów w tej branży?

Prawie wszystko dla obcych

Ale Poznańska Polfa to tylko czubek góry lodowej. Na liście największych beneficjentów refundacji leków znajdziemy także inne firmy, które brały udział w prywatyzacji zakładów z sieci Polfa. Wśród nich tylko dwie należą do polskiego kapitału. Jedna to Polpharma, czyli dawna Polfa w Starogardzie Gdańskim, którą w 2000 r. kupił jeden z najbogatszych biznesmenów Jerzy Starak (później stał się również właścicielem Polfy Lublin, a ostatnio także Polfy Warszawa). Druga – firma Adamed, która przed dwoma laty kupiła Polfę Pabianice. I na tym właściwie kończy się udział krajowego kapitału w naszym rynku farmaceutycznym.

Poza Polfą Tarchomin, która jako ostatnia pozostała w rękach skarbu państwa (zapewne nie na długo), wszystkie pozostałe zakłady z tej grupy zostały już sprywatyzowane i – wyjąwszy wspomniane wyżej – stały się własnością zagranicznego kapitału. Polfy w Kutnie i Krakowie należą do izraelskiej grupy Teva (choć zakład krakowski pierwotnie sprzedano chorwackiej firmie Pliva), Polfa Rzeszów – do amerykańskiego koncernu ICN, Polfa Grodzisk Mazowiecki – do węgierskiej spółki Gedeon Richter, Polfa Bolesławiec – do niemieckiej firmy Gerresheimer, Polfa Łódź – do słoweńsko-polskiej spółki Sensilab, jeleniogórska Jelfa – do litewskiej grupy Sanitas (sprzedanej w ubiegłym roku kanadyjskiej firmie Valeant Pharmaceuticals).

Fikcyjny holding
\

Za taki stan rzeczy odpowiadają kolejne rządy od 1994 r., gdy rozpoczęto prywatyzację branży farmaceutycznej, choć szczególne “zasługi” położyły tu ekipy SLD-PSL i AWS-UW. Obecny rząd sprzedaje tylko resztki, a i to – trzeba przyznać – raczej w ręce wspomnianych już krajowych inwestorów.

Taką bezrefleksyjną wyprzedaż ostro krytykowała Najwyższa Izba Kontroli. Zarówno raport dotyczący prywatyzacji branży farmaceutycznej w latach 2000-2001, jak i następny, obejmujący lata 2002-2007, to druzgocąca wiwisekcja tego procesu. W drugim z tych dokumentów czytamy: “W konsekwencji nierzetelnych i niecelowych działań tych organów (administracji rządowej – przyp.red.) nie uzyskano poprawy konkurencyjności podmiotów sektora pozostających w gestii skarbu państwa. (…) Podejmowane próby dokonania konsolidacji i stworzenia silnej grupy producentów tanich leków zakończyły się niepowodzeniem wskutek błędów popełnionych zarówno na etapie tworzenia koncepcji konsolidacji, jak i na etapie prób jej realizacji”.

Kontrolerom NIK chodziło o Polski Holding Farmaceutyczny (PHF), utworzony w 2004 r. (za rządów SLD), który miał skupiać należące jeszcze do państwa Polfy, a w praktyce zajął się sprzedażą kolejnych zakładów. Dziś PHF jest już tylko “wydmuszką” kontrolującą jedynie Polfę Tarchomin – choć oczywiście nadal posiada zarząd i radę nadzorczą złożoną z wybrańców ministra skarbu.

Mogliśmy być jak Słowenia…

A przecież losy polskiej farmacji mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Choćby tak jak w Słowenii, której władze po uzyskaniu niepodległości w 1991 r. uznały branżę farmaceutyczną za “paradnego konia” krajowej gospodarki, a dwie najważniejsze firmy – LEK i KRKA – traktowano jak największe dobro narodowe. Obie znajdują się w pierwszej piątce największych eksporterów i pracodawców oraz słoweńskich inwestorów za granicą. Rządy Słowenii popierały rozwój i globalną ekspansję tych firm, m.in. poprzez programy wspierania inwestycji, linie kredytowe, bliską współpracę z samorządem gospodarczym. Po wejściu do UE branża farmaceutyczna została wybrana jako priorytetowa w Strategii Rozwoju Słowenii oraz w opracowywanych na jej podstawie programach operacyjnych, co oznaczało jej wsparcie w ramach programów rządowych (środki przeznaczone na finansowanie pracy naukowej, zakup wyposażenia do laboratoriów, kształcenie, wymiana międzynarodowa) i unijnych (rozwój zasobów kadrowych, inwestycje itp.).
Nic dziwnego, że dziś słoweńska farmacja jest potęgą w Europie i także w polskich aptekach nietrudno znaleźć produkowane w tym kraju leki. Wspomniana KRKA zajmuje 7-8 miejsce wśród największych beneficjentów refundacji leków w naszym kraju, inkasując co roku z polskiego budżetu ponad 200 mln zł. A przecież zamiast płacić dziś Słoweńcom, kilkanaście lat temu mogliśmy pójść ich drogą i zadbać o rodzimą branżę farmaceutyczną, a nie lekkomyślnie sprzedawać ją obcym...

Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.

Logowanie