Lichwa rządzi światem
Obniżenie ratingu powoduje wyższą rentowność papierów skarbowych i większe wydatki na spłacanie procentów od zaciągniętych długówPiątek, 13 stycznia, niektórzy unijni politycy nazwali “czarnym piątkiem”. Komisja Europejska nerwowo zareagowała na obniżenie ratingu (wiarygodności kredytowej), tego dnia aż dziewięciu krajom strefy euro przez amerykańską agencję Standard & Poor’s. Zazwyczaj takie cięcie znaczy, że kraje z pomniejszonym ratingiem pieniądze u lichwiarzy na rynkach finansowych pożyczać będą musiały drożej. Czy można w 2012 r. nie pożyczać i egzystować? O tym raczej nie może być mowy, bez kredytów i lichwy nie da się już na tym świecie żyć. Kraj ze zredukowanym ratingiem, sprzedając swoje papiery skarbowe (obligacje), musi się z tym liczyć, że kupujący obejrzy je dokładniej niż wcześniej i będzie żądał wyższego procentu od pożyczki. Od razu powiedzmy, że wszystkie trzy (prywatne) amerykańskie agencje ratingowe trzęsące rynkami finansowymi wymieniona już S&P, Fitch oraz Moody’s, od dłuższego czasu pozostawiają Polskę w spokoju. Jak to się mówi, kamień z serca, ale niezupełnie, bo decyzja dotycząca unijnej dziewiątki może oznaczać spadki na warszawskiej giełdzie, osłabienie złotego, konieczność podniesienia oprocentowania, po którym w przyszłości będziemy wykupywać nasze papiery dłużne. Polska traktowana jest jako jeden z ryzykowniejszych tzw. rynków wschodzących.
Francja straciła ratingowe dziewictwo
Unijny komisarz ds. gospodarczych Olli Rehn nazwał decyzję S&P irracjonalną, bo kto to widział, żeby taki kraj jak na przykład Francja straciła ratingowe dziewictwo i po raz pierwszy od kiedy wystawiane są wiarygodnościowe oceny kredytowe zredukować jej rating z dotychczasowego najwyższego AAA, do AA plus (po weekendzie Fitch utrzymała dla Francji AAA, S&P pozostała przy swoim). To samo z Austrią, S&P też jej zmieniła AAA na AA plus. Skandal.
Co gorsze, analitycy S&P wytknęli politykom Unii Europejskiej, że ich diagnoza kryzysu jest wadliwa i niepełna, konstrukcja Unii Walutowej była od początku błędna, stawiająca w jednym szeregu gospodarki silne ze słabymi, jakby były sobie równe, a przyjęta polityka antykryzysowa wymuszająca oszczędzanie – niewłaściwa, prowadząca w konsekwencji do skurczenia się popytu i głębokiej recesji. Słowem nie ma o czym mówić – jest źle, może być gorzej, mimo to, że Europejski Bank Centralny zabrał się do skupowania obligacji takich krajów będących w tarapatach, jak Włochy czy Hiszpania, w celu wyhamowania ich rentowności (wtedy pożyczane pieniądze przez te kraje nie są takie drogie).
UE popełnia błąd za błędem w walce z kryzysem – uznała S&P, prawie w przeddzień kolejnego unijnego szczytu, który ma się odbyć 30 stycznia br. Mają na nim zapaść decyzje m.in. o funduszach ratunkowych dla eurolandu i ustalenia dotyczące rozmów z prywatnymi wierzycielami Grecji. Mieli oni redukować długi greckie o 100 mld, ale jakoś do tego nie dochodzi, gdzieś tych pieniędzy należy co prędzej poszukać.
Pod toporem S&P pół Europy
Przycięcie ratingu unijnej dziewiątki nie jest ostateczne, grozi S&P - już w agencji myślą o następnych redukcjach wśród 16 rozpatrywanych unijnych krajów. Agencja S&P tylko Niemcom (rating niezmieniony AAA) i Słowenii (A plus) spośród tej grupy nie wskazała na perspektywę negatywną, utrzymując poza Niemcami najwyższą pozycję określaną literami AAA dla Finlandii, Holandii i Luksemburga.
AA dalej ma Belgia, AA minus Estonia. Słowacja spadła z A plus do A, Hiszpania z AA minus do A, Słowenia z AA minus do A plus, Malta z AA do A minus, Włochy z A do BBB plus (rating śmieciowy), rating Irlandii BBB plus (też śmieci) pozostał bez zmian, Portugalii z BBB minus spadł do BB (śmieciowy), Cypru z BBB do BB plus (śmieciowy). Grecja pozostała w ratingu CC, oznaczającym dla inwestorów, którzy mogą dobrze zarobić na nieszczęściu, ale mogą i stracić - obligacje ryzykowne, śmieciowe, a więc o bardzo wysokiej rentowności.
Dziesięcioletnie greckie papiery są już oprocentowane w skali roku na 34,4 proc., podczas gdy niemieckie na 1,8 proc., holenderskie – 2,1 proc., hiszpańskie – 5.2 proc., włoskie, choć też śmieciowe mają rentowność 6,6 proc., bo gospodarka Włoch ma zupełnie inna siłę niż grecka czy portugalska – papiery portugalskie dobiły w ub. roku do 12,5 proc. Mniej więcej taką rentowność, jak obligacje włoskie, posiadają nasze papiery skarbowe. Sprzedawane są bez trudu w dużych ilościach, co znaczy, że inwestorzy mają na razie do Polski zaufanie i że dalej zadłużamy się na potęgę. Oprocentowanie obligacji Węgier przekroczyło 10 proc.
Strzeżmy “A” jak źrenicy oka
W którym miejscu ratingu my jesteśmy? Ano od AA plus niebotycznie daleko, taki rating jest dla nas nieosiągalny. Gdyby rating Polski został obniżony, nikt by się nie zdziwił. Mamy jednak jedno niezłe A i należy go utrzymać za wszelką cenę. Łatwo spaść do niższego ratingu (za co słono się płaci, w naszym przypadku byłyby to grube miliony), bardzo trudno sięgnąć oczko wyżej, co agencja Fitch Polsce niejasno obiecała i przedstawiciele rządowi podskakują z radości (słusznie) na taką perspektywę. Czy jednak to nastąpi – bardzo wątpliwe.
Francuzi obniżeniem ratingu poczuli się urażeni. Przeciwko amerykańskiej agencji wyszli demonstrować na ulice, choć w ścięciu wiarygodności kredytowej raczej nie o honor chodzi, ale o brzęczący grosz. We francuskiej telewizji wystąpił François Baroin, minister finansów, i mówił, że tragedii nie ma, jeden poziom w dół to jeszcze nie katastrofa, jakoś sobie poradzą. Rating obniżony do AA plus mają aktualnie także Stany Zjednoczone i akurat temu krajowi z silną gospodarką to nie zaszkodziło, obligacje amerykańskie są chętnie kupowane, dolar się trzyma.
Prezes banku centralnego Francji Christian Noyer zirytował się do tego stopnia, że zaproponował oficjalnie S&P, żeby zredukowała o kilka stopni rating Anglii, ponieważ Brytyjczycy mają wyższy od Francji deficyt, dług publiczny, inflację i niższy wzrost gospodarczy. Dodajmy do tego, że dziesięciolatki francuskie mają niską rentowność 3,1 proc.
Nie jesteśmy żadną oazą
Wysoka rentowność sprzedawanych państwowych obligacji powoduje, że rosną wydatki na obsługę zadłużenia zagranicznego. Dla Polski byłaby to katastrofa, bo i tak w tym celu pożyczamy na rynkach finansowych coraz więcej pieniędzy, gdyż potrzeby pożyczkowe rząd Donalda Tuska miał ogromne i dług publiczny Polski rósł galopująco. Dobra nasza! Ale nie dajmy się zwieść, w ubiegłym roku tylko na obsługę długu Polska musiała pożyczyć ok. 30 mld zł.
Należy zdawać sobie sprawę, że polskiej gospodarki nie stać na wygenerowanie dostatecznej ilości środków nawet na to, żeby można było spłacić procenty od zaciągniętych pożyczek, wzięliśmy na to kredyt w wysokości deficytu budżetowego! Zanurzeni jesteśmy w morzu długów, bacząc, żeby czasem, gdy napłynie wyższa fala, nie zatonąć. Taki jest nasz status Anno Domini 2012. I nie ma się co chełpić jednym ratingowym A.
- Przed wyborami parlamentarnymi rządząca formacja świadomie głosiła nieprawdę o stanie naszej gospodarki, dużo lepszym niż był w rzeczywistości – oświadczył prof. Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów w latach 1994-1997 i 2002–2003, ekspert i konsultant organizacji międzynarodowych. wypowiadając się dla “Gazety Finansowej”. Kołodko uważa, że minister finansów nadal fałszywie utrzymuje, jakoby deficyt sektora finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego brutto (w uproszczeniu: wartości tego wszystkiego, co wyprodukujemy w ciągu roku) mógł zejść w tym roku do 3 proc. Można jeszcze jakiś czas udawać, że nieprawda jest prawdą, a potem tłumaczyć, że to nie my, ale światowa koniunktura jest winna. Według profesora, być może tempo wzrostu gospodarczego w tym roku nie sięgnie nawet 2 proc., w więc relacja deficytu do PKB będzie znacznie gorsza niż przy wyższej dynamice (rząd przed wyborami mówił o 4-proc. wzroście gospodarczym, po wyborach o 2,5 proc.).
Pseudofachowa papka w mediach
Rachityczne tempo wzrostu gospodarczego nie daje dostatecznego poszerzenia bazy fiskalnej i nawet przy zakładanych przez rząd cięciach wydatków budżetowych nie wystarczy strumienia dochodów, żeby w tej skali zmniejszyć deficyt finansów publicznych. Oczywiście trzeba go zmniejszyć – utrzymuje Kołodko – ale w innym tempie, w innej sekwencji, w inny sposób. Należy eliminować zbyteczne wydatki publiczne, racjonalizować ich strukturę tak, by była prorozwojowa, ale zarazem sensownie prospołeczna.
W 2011 r. w rankingu 183 państw świata pod względem wolności gospodarczej. W ostatnich trzech latach Polska nie podniosła się, ale spadła, plasując na 62 mało prestiżowym miejscu pomiędzy Panamą a Ghaną. Tymczasem naród karmiony jest przez najbardziej opiniotwórcze media pseudofachową papką.
My ze swojej strony podajemy wysokość zadłużenia publicznego na koniec ub. roku (w stosunku do PKB), które w Polsce mieliśmy zbyt wysokie (54,9 proc.). Przed nami tylko Węgry (81,3 proc.). Jesteśmy gorsi od Łotyszy (44,7 proc.), Słowaków (41 proc.), Litwinów (38 proc.), Czechów (37,5proc.), Rumunów (31 proc.), Bułgarów (16.3proc.), Estończyków (6,7 proc.). Polska ledwie się wybroniła przed przekroczeniem tzw. drugiego progu ostrożnościowego (55 proc.) i restrykcji z tym związanych.
Wiesława Mazur
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.