Jaroszyński: Po co dziś sztuka?
Oczywiście, kolorowe tygodniki i na to znajdą radę, mogą to być tajniki medycyny chińskiej albo japońskiej, czasami w tej sprawie wypowie się jakaś gwiazda, jednakże rady te łatwiej czytać niż stosować, nie mówiąc już o ich skuteczności. My wiemy, że siły nasze najlepiej regeneruje aktywny kontakt z przyrodą, zaczynając choćby od spacerów po parku. Nawet o niezbyt ciekawej porze roku, jak obecnie zima, przebogata grafika bezlistnych drzew, przemykające wiewiórki, figlarnie świergoczące sikorki działają jak balsam na oczy, na uszy i ogólne samopoczucie. Nasze parki często jednak świecą pustkami, rodacy wolą siedzieć w ciasnych zazwyczaj mieszkaniach i oglądać telewizję lub stukać w klawiatury komputerów.
Ale jest jeszcze jedna forma regenerowania sił, która dziś również pozostaje w zaniku. To kontakt ze sztuką, prawdziwą sztuką. Sztukę taką można oczywiście znaleźć w muzeach, choć dawniej bywała i w polskich domach. Niestety, zniszczenia i grabieże z czasów zaborów i wojen doprowadziły domowe zbiory polskie do kompletnej ruiny. Dlatego w domach naszych trudno nawet o ładne pamiątki. A gdy brak dobrych przykładów i wzorów, to znika potrzeba otaczania się pięknem. Nie rozwija się też smak. To prowadzi do społecznego upadku kultury. Wtedy nasze oczy zalewa tandeta, a najludniejszym miejscem stają się supermarkety.
A jednak nie jest jeszcze tak źle, jeszcze można znaleźć przykłady świeżego piękna, które pomaga nam obudzić głębsze pokłady naszej duszy, by nabrać dystansu do samych siebie i do otaczającego nas świata. Są Polacy utalentowani, którzy nawet w tak niesprzyjających czasach oddają się tworzeniu. Można ich spotkać w naszym kraju, można i na świecie. Artysta podróżuje tam, gdzie znajdzie bliskie sobie dusze zainteresowane jego twórczością. Takim artystą jest choćby Jan “Dawid II” Kuraciński, rzeźbiarz, którego dzieła można było do niedawna podziwiać w warszawskiej Zachęcie. Jego droga twórcza zaczęła się w Górach Świętokrzyskich, potem był długi pobyt w Nowym Jorku, a od kilkunastu lat znowu Polska. A wszystko zaczyna się jak najzwyklej, dopiero potem mają miejsce rzeczy z pogranicza czarów. Bo na początku jest kloc starej lipy, bez sęków, o łagodnej i ciepłej fakturze. Takie drewno, po ścięciu, musi schnąć w sposób naturalny co najmniej przez 3 lata. Dopiero wtedy nadaje się do rzeźbienia, nie jest ani za twarde, ani za miękkie, i zachowa trwałość. Potem nasączane jest jeszcze pszczelim woskiem. Lipa to najstarsze drzewo, w którym nasi praprzodkowie rozpoczęli przygodę rzeźbiarską. Jest więc ciągłość tradycji, która przez tysiące lat wiąże rodzinę rzeźbiarzy wszystkich cywilizacji i kultur.
Na wystawie zatytułowanej “Sacrum i Profanum“, a więc to, co duchowe i święte w zderzeniu z tym, co materialistyczne i przyziemne, mogliśmy zobaczyć, w co przeradza się człowiek uduchowiony, a w co – człowiek żyjący tylko tym światem. Pan Jan Kuraciński nie boi się sztuki figuratywnej, choć ta przez współczesne salony i akademie jest obłożona anatemą. Tymczasem tutaj możemy zobaczyć, jak z płaskiej deski lipowej wyłania się ludzka twarz w jakimś przeogromnym skupieniu, reszty sylwetki można się domyślić. Tylko jeszcze w innym miejscu ukazują się dłonie, wysmukłe palce, gotyckie, złożone do modlitwy. Twarze i dłonie, dłonie i twarze. Czasem jest to dłoń dziewczęca, a czasem gruba, mocna, spracowana dłoń męska. Obok rzeźba ze środowiska profanum: potężny tułów, mała główka i mała rączka mocno ściskająca skarbczyk. To biznesmen. Przesuwamy wzrok dalej, a tu znowu twarz zamyślona, wypogodzona, czysta, i dłonie, które mogą wreszcie odpocząć, ludzkie dłonie.
Trudno żyć bez sztuki, zwłaszcza takiej, która skierowana jest na człowieka, dostrzegając jego udręki i trudy, ale równocześnie sztuki, która dostrzega w człowieku te zdumiewające przebłyski ducha. One są, one muszą w nas oddychać, byśmy byli sobą i żyli bardziej po ludzku. I właśnie takiego ducha potrafi odsłonić rzeźba, sztuka ze wszech miar cudowna, jeśli tylko w lipowym drewnie zanurzają się dłonie mistrza. Pan Jan jest takim mistrzem.
Piotr Jaroszyński
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 4(847) z 24 stycznia 2012 r.