Żmigrodzki: Inwazja hunwejbinów
Przed kilku laty, wychodząc z gmachu Uniwersytetu Wiedeńskiego przy Ringu, byłem świadkiem tłumnej i hałaśliwej “studenckiej” demonstracji: rząd przygotowywał właśnie zmiany w prawie dotyczącym szkół wyższych, częściowo zresztą korzystne. Jednak nie wszystkim się one podobały i tym tłumaczyłem sobie protest. W pobliżu zobaczyłem znajomą panią pracującą w uczelni. Zapytałem: czy to wasi studenci? Ona odrzekła z oburzeniem: naszych trudno by w tej gromadzie znaleźć – to są demonstranci zawodowi, płatni od godziny. Oni przyjechali z Luksemburga, z Monachium, z Linzu i z Salzburga – z tego żyją. Rzucają puszkami, wydają ordynarne okrzyki, niszczą wszystko wokół, biją, gdy mają taką instrukcję. Wynajmują ich najczęściej jakieś obce centrale…
Sądzę, że ta diagnoza pasuje w dużym stopniu do zdarzeń, które miały miejsce u nas. Ale i w Polsce mnożą się zorganizowane grupy lewackiej łobuzerii, której władza wydaje się z sympatią przyglądać. Różnego rodzaju “anarchiści” i “młode wilki” w najlepszym razie zasmarowują swoimi bazgrołami (“ach, graffiti”!) ściany świeżo odnowionych domów, mury, wagony kolei, windy i klatki schodowe, a po pijanemu podpalają auta. A “w razie potrzeby” wszczynają i popierają lewicowe awantury, wypełniają “homoparady” i “parady miłości” oraz “zadymy”, wspomagane przez kroczących na przedzie politycznych prominentów. Biją “moherów” i “prawicę”, budują “krzyże” z puszek po piwie, miotają wyzwiska, kopią w plecy klęczących, walą pięścią w głowy ludzi, którzy się modlą. Wychowani na “zespołach” typu “Behemoth”, wielbiący Nergala, Środę i podobne liberalne “wielkości”.
Przeglądam czasem w Internecie strony, na których prezentują siebie, swoje poglądy i upodobania kandydaci do Facebooku i jego uczestnicy: przeważnie uczniowie, studenci, młodzi ludzie płci obojga. Od tego, co tam znajduję, “strach przejmuje i trwoga”. Jeżeli tacy mają być decydujący w przyszłości o losach kraju - po dopuszczeniu do życia publicznego - obywatele, można tylko westchnąć: “Biednaś Ty, Polsko”…
Zaraz usłyszę od “uspokajaczy” różnych kategorii, że nie wszyscy są tacy, że są też szlachetni, kulturalni. Odpowiadam: wiem o tym i z takimi się spotykam. Czemu jednak aż tak rzadko? I dlaczego nie potrafią odważnie w swych środowiskach stawić czoła złu, bronić wartości? Są, co prawda, wyśmiewani i atakowani przez lewackie media, a w ślad za nimi przez otoczenie, w dużym stopniu zdemoralizowane. W Trzeciej RP utrudniono maksymalnie mogący nastąpić pomyślny rozwój organizacji młodzieży, takich jak harcerstwo; dopuszczając do jego rozbicia, uniemożliwiono mu szerszą skuteczność. Walka z Radiem Maryja, prowadzona nie tylko przez władze i media, ale nawet przez czołową grupę biskupów, doprowadziła do zdeprecjonowania tego jedynego czynnika masowej ewangelizacji w oczach znacznej części społeczeństwa.
Staranie, aby należyte wychowanie młodzieży rozwinąć i uaktywnić, jest dziś najważniejszym zadaniem społecznym. Lekceważąc ten problem, doprowadzi się do tego, że strach będzie wyjść z domu (lęk o własne dzieci już nas paraliżuje), a domy poprawcze i więzienia nie pomieszczą skazanych, z którymi wychowawcy i strażnicy nie zdołają sobie poradzić.
Zbigniew Żmigrodzki
Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 47 (836) z 22 listopada 2011 r.