"NP" nr 35 Reszczyński: "Dziennikarz starszego pokolenia?"
Lata w PRL-u położyły się cieniem na przedwojennym pokoleniu i jego progeniturze. Wszystko było inne, obce, ale trzeba było żyć. Wspaniałym, wręcz pomnikowym symbolem tych lat jest życie Anny Walentynowicz, biednej osieroconej dziewczyny, która wydostaje się z niemal niewolniczej pracy u obcych gdzieś na wschodzie Polski i zdobywa wymarzony zawód spawaczki w Stoczni Gdańskiej. Historia jej życia, opisana przez dr. Sławomira Cenckiewicza w monumentalnej książce “Anna Solidarność”, wzrusza i skłania do zadumy. Skąd brała się u Niej tak wielka siła czynienia dobra i wyrażania sprzeciwu wobec zła, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Anna Lubczyk, późniejsza Anna Walentynowicz miała ten dar. Dar Boży! To nie była żadna rewolucjonistka. Choć szczęśliwa z odnowy losu dzięki Polsce Ludowej, gotowa ją wspierać - jako działaczka Ligi Kobiet Polskich, przodowniczka pracy socjalistycznej, “Hanka Proletariuszka”, wyróżniania medalami i nagrodami - nie zatraciła siebie. Zachowała naturalną zdolność odróżniania dobra od zła, kłamstwa od prawy. Tak trafiła do Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku, gdzie najpierw dokarmiała i zwyczajnie wspomagała życiowo na co dzień związkowców i nic nie tracąc, bo ucząc się tego wszystkiego, co słyszała o roli opozycji, demokracji, pluralizmie, wolności jednostki, prawie do pracy i prawdziwej naturze komunizmu.
Poznałem Ją osobiście dzięki zaproszeniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Belwederu w dniu Jej 80. urodzin, w ubiegłym roku, 15 sierpnia. “Musimy jeszcze raz zacząć rewolucję »Solidarności«” - usłyszałem na powitanie. A więc nadal nie była zadowolona z Polski. Nadal czegoś Jej w tej Polsce brakowało. Na pewno nie cytrusów i pomarańczy wypełniających dziś każdy sklep. Odczuwała deficyt prawdy i zwyczajnej ludzkiej uczciwości i solidarności. Kiedy odczytywała strony maszynopisu książki o sobie, której nie miała szczęścia zobaczyć w druku (zginęła wraz z 95 osobami na pokładzie rządowego samolotu lecącego do Smoleńska na uroczystości katyńskie), zapłakana powiedziała autorowi: “Tyle zła, tyle zdrady i ludzkiej podłości opisał pan w tej książce. Jak mieliśmy wygrać, skoro tylu wokół nas nam przeszkadzało. Ale dobrze, że pan to wszystko pokazał. I najważniejsze, że nie zrobił pan ze mnie wszystkowiedzącego, jednoosobowego bohatera »Solidarności«, ale ukazał pan wysiłek zbiorowy tysięcy Polaków. Bo »Solidarność« to narodowe powstanie przeciwko komunistom”.
Słowa te brzmią dziś jak narodowy testament, memento, bo “jak mieliśmy wygrać, skoro tylu wokół nas przeszkadzało” i dodajmy, nadal przeszkadza. Anna Walentynowicz zdystansowała się od konsumowania zwycięstwa “Solidarności”, sukcesu budowanego dziś sztucznie, na siłę, przez elity III RP i to za grube pieniądze. Pamiętamy, że wtedy w 1980 roku nie zatrzymała się na zwycięskim strajku w Stoczni Gdańskiej, ale przekształciła go, razem z Aliną Pieńkowską, w ogólnonarodowy solidarnościowy strajk powszechny. I ten wspólny strajk polskich robotników nie okazał się tym razem kolejnym zwycięstwem komunistów gwarantujących dla uspokojenia podwyżkę pensji. Dla Anny Walentynowicz był to tylko kolejny etap ku wolnej, sprawiedliwej Polsce.
Gdyby nie poleciała do Smoleńska z prezydentem albo gdyby czując się lepiej, pojechała tam pociągiem, dziś wspierałaby obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Bo to Jej uporowi przede wszystkim zawdzięczamy zespolone ze sobą trzy krzyże przed Stocznią Gdańską ku czci pomordowanych w grudniu 1970 roku. Ale o tym akurat “dziennikarz starszego pokolenia” dowiedział się dzięki historykowi młodego pokolenia, autorowi książki “Anna Solidarność”. Dzięki, Panie Sławomirze.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem programu III Polskiego Radia.
Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 35 (774) z dnia 31 sierpnia 2010 r.