Niedziela, Luty 05, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

"NP" 34 Czytanie pod krzyżem... - Recenzja: “Pod wezwaniem Boga czy Narodu. Religia a ustrój – studium przypadku polskich konstytucji” dr. Pawła Bały

Należę do tych osób – trudno powiedzieć licznych czy nie – które, gdy tylko w ramach narodowej żałoby po ofiarach katastrofy samolotu prezydenckiego harcerze postawili przed Pałacem Namiestnikowskim krzyż, wiedziały, że ten ich naturalny w zasadzie gest da politykierom asumpt do rozpoczęcia długiego konfliktu. Nie od razu, gdy emocje są silne i jednoznaczne, ale z czasem, gdy opadną i nie będą już tak jednoznacznie solidarne z ofiarami katastrofy i ich rodzinami, gdy wyschną łzy, gdy czas złagodzi szok i traumę. Wtedy się zacznie… I rzeczywiście zaczęło się i trwa nadal. Nie chcę jednak opisywać wydarzeń, które wielu mogło sobie obejrzeć w swoich telewizorniach, ani też nikogo potępiać, bo przecież ewidentnie widać, że “nie wiedzą, co czynią”…

Chcę natomiast zapytać, dlaczego właściwie do tego doszło, skoro właśnie w takich naturalnych gestach stawiania krzyży i zapalania przy nich zniczy upamiętnia się w Polsce miejsca, w których ludzie ponieśli śmierć w wyniku nieszczęśliwych zdarzeń, wypadków samochodowych, napadów i zbrodni? Widzimy je przy drogach i trasach szybkiego ruchu, skwerach i trawnikach naszych osiedli. Nikogo raczej nie zniesmaczają, nie budzą sprzeciwu, nie wywołują awantur. Przechodzący obok wierzący żegnają się, ateiści nie zwracają uwagi.

Zaraz oczywiście pojawią się głosy, że przecież przy Krakowskim Przedmieściu nikt nie zginął, a już na pewno nie prezydent Lech Kaczyński. Pomińmy jednak tę kwestię milczeniem. Trudno wszakże, by ponad milion, a jak niektórzy twierdzą nawet dwa miliony Polaków, które odwiedziły wówczas to miejsce, pomodliły się, uczyniły znak krzyża, złożyły kwiaty i zapaliły znicze, wyjechały aż pod Smoleńsk. Zrobiły to przed Pałacem Namiestnikowskim, bo było to miejsce pracy i urzędowania najważniejszej spośród tragicznie zmarłych – Prezydenta RP i Pierwszej Damy.

Mamy przynajmniej dwie płaszczyzny konfliktu związane z krzyżem ustawionym przez harcerzy na Krakowskim Przedmieściu. Pierwsza, dziś lepiej widoczna, choć w gruncie rzeczy mniej istotna, ma charakter konfliktu nawet nie politycznego, lecz politykierskiego, w którym ujawniła się i rozkwitła w pełni małostkowość przeważającej części polskiej, współczesnej klasy politycznej, czyli oligarchii, która zawłaszczyła dla siebie scenę polityczną, czerpiąc z tego wcale pokaźne dochody. Na tej płaszczyźnie krzyż nie jest ważny, jest jedynie tłem konfliktu, można nawet powiedzieć i mówi się, że jest  zakładnikiem. Otóż część oligarchii - aktualnie w opozycji – krzyczy, że nie pozwoli ruszyć krzyża, póki nie powstanie godny pomnik ofiar katastrofy, przede wszystkim zaś śp. Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego… Druga, aktualnie rządząca część oligarchii odpowiada, że pomnika nie postawi, bo… nie! I w ten sposób przedłuża spór, wywołując ludzkie upiory z okolicznych pubów, klubów i restauracji.

Jedni więc chcą, a drudzy nie chcą pomnika, a ja nie usłyszałem dotąd żadnych argumentów racjonalnych za albo przeciw. Powoli dochodzę do wniosku, że takich argumentów po prostu nie ma. W tym kontekście wiele wskazuje na to, że krzyż należy pozostawić tam, gdzie go ludzie postawili, bo widać był im potrzebny; tak zostali wychowani, że pod znakiem krzyża witają się ze światem i pod tym samym znakiem z niego odchodzą. Na razie, dzięki Bogu, tej kultury nie udało się zmienić nawet komunistom. I choć polityczne wnuki Minców i Bermanów odnoszą dziś pewne sukcesy w tej dziedzinie, to jednak daleko im jeszcze do zwycięstwa.

Krzyż uczy pokory. Potrzeba jej dziś zarówno rządzącym, bo przecież muszą jakoś wyciszyć SMS-y, którymi przeciwnicy pomnika “spontanicznie” zwołują się na wieczorne i nocne sabaty, jak i opozycji, która winna powściągnąć swe pomnikowe ambicje. Powinien pozostać właśnie w tym miejscu, by każdemu kolejnemu mieszkańcowi Pałacu i jego gościom przypominać, jak krucha i wątła jest ich władza, jak wielkim jest złudzeniem. I to właściwie zakończyłoby ten żenujący spór, gdyby nie…
Druga, o wiele ważniejsza jego płaszczyzna: chodzi oczywiście o ideologię państwa neutralnego światopoglądowo, tzw. świeckiego, areligijnego itd. Ten konflikt, choć nieco przyćmiony doraźnymi emocjami wokół tego, czym kto rzuci w tablicę lub co pod krzyż przyniesie i czym modlących się wystraszy, jest o wiele głębszy, a krzyż nie jest w nim tłem, lecz obiektem ogniskującym nienawiść do Kościoła, katolicyzmu i ludzi wierzących. Bo przecież jest to spór o relacje państwo-Kościół, o stosunek państwa do religii i jego wierzących obywateli. Spór o to, czy mają oni prawo manifestować swą wiarę przez krzyż symbolizowaną w przestrzeni publicznej, czy nie. Na tej płaszczyźnie konfliktu o wiele trudniej jest znaleźć jego kompromisowe zakończenie, a gdy się słyszy takich XIX-wiecznych obrońców republikanizmu, jak poseł Celiński, to w ogóle wydaje się to niemożliwe.

Nie trzeba jednak od razu załamywać rąk nad losem skonfliktiwanej ojczyzny. Póki XIX-wieczny republikanizm nie utopi wszystkich publicznie wyznających swą wiarę w Wiśle i Bałtyku, wystarczy rozejrzeć się wokół. Oto właśnie w tych dniach ukazała się książka dr. Pawła Bały “Pod wezwaniem Boga czy Narodu. Religia a ustrój – studium przypadku polskich konstytucji”. Jak wskazuje tytuł, jest to gruntowne omówienie polskich ustaw zasadniczych – od Ustawy Rządowej z 3 maja 1791 r., aż po konstytucję III RP z 2 kwietnia 1997 roku, szczególnie zaś tych ich zapisów, które miały regulować stosunki między państwem a Kościołem, określać rolę religii w życiu obywateli i wierzących w życiu państwa.

Tę książkę powinni przeczytać wszyscy, których wspomniany konflikt nie pozostawia obojętnymi, a przede wszystkim ci, którzy – obserwując zachodzące w świecie i Europie zmiany - zaczynają wątpić w sens istnienia wolnej i suwerennej Polski. Jednym z argumentów za suwerennością jest bowiem narodowa tożsamość kulturowa rozumiana tu jako wyjątkowy, inny, odmienny sposób rozwiązywania uniwersalnych problemów. Paweł Bała dowodzi, że zarówno polska monarchiczna, która w istocie była republiką szlachecką z obieranym Królem-Prezydentem, jak i republikańska, i demokratyczna, gdy tylko mogła, gdy nie wtrącali się obcy, w sobie właściwy sposób regulowała relacje państwa i Kościoła. Polski sposób ułożenia tych relacji można nazwać autonomicznym współistnieniem albo życzliwym rozdziałem Kościoła od państwa. Zgodnie z nim struktury te nie widzą w sobie wzajemnych wrogów, lecz współpracowników, których metody są różne, lecz cel ten sam – kształtowanie człowieka zgodnie z jego naturą i predyspozycjami, uchronienie go przed wszelkimi despocjami. Ten polski sposób rozwijał się właściwie przez cały okres istnienia państwa, od początku pojawienia się u nas organizacji kościelnej. Kościół katolicki przez wieki zachowywał pozycję dominującą, ale w zasadzie nigdy jej nie nadużył wobec innowierców, którym Rzeczpospolita z kolei gwarantowała względną, historycznie warunkowaną, równość wobec prawa. Krzyż zawsze budził w Polsce emocje, ale nigdy w zasadzie w sposób zorganizowany czy zinstytucjonalizowany nie używano go jako “młota na czarownice”. Pozostawał tym, czym w swej istocie jest: znakiem zwycięstwa pokory i miłości nad grzechem i śmiercią.

Paweł Bała, “Pod wezwaniem Boga czy Narodu. Religia a ustrój – studium przypadku polskich konstytucji”, Warszawa 2010. Książka dostępna w księgarniach. Można ją też zamówić telefonicznie (22) 631-43-93 lub 501-102-977 albo emailem: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 34 (773) z dnia 24 sierpnia 2010 r.

Logowanie