Niedziela, Luty 05, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

"NP" nr 34: "Z dr. Zbigniewem Kuźmiukiem, ekonomistą i byłym eurodeputowanym, rozmawia Anna Wiejak"

- Jak potężne zagrożenie dla finansów państwa stanowi ukryty dług publiczny? Z jak poważną sytuacją mamy do czynienia?

- Według oficjalnych danych wszystko jest pod kontrolą. W ocenie pana ministra Rostowskiego pod koniec 2009 roku dług publiczny wynosił 49,9 proc., więc nie przekroczył nawet pierwszego progu ostrożnościowego. Jego zdaniem sytuacja zatem nie jest zła, natomiast jeżeli popatrzymy na dług ukryty, to jest ona coraz bardziej poważna. Rządzący nie za bardzo ten stan finansów chcą ujawniać, ponieważ w dużej mierze finansujemy tego długu przez instytucje zewnętrzne, przez fundusze zagraniczne, banki zagraniczne, więc powiedzenie prawdy wiązałoby się z taką reakcją, jaka  miała miejsce w przypadku Grecji. Na szczęście finansom polskim jeszcze do greckich daleko, ale jeżeli ta polityka będzie kontynuowana, to za kilka lat podzielimy los Greków.

- Co z deficytem finansów? Jakie są Pana przewidywania?


- Ten deficyt finansów jest wyjątkowo wysoki. On wynosi corocznie mniej więcej 7 proc. PKB, obecnie jest to około 100 mld złotych. To jest deficyt oficjalny, a oprócz tego mamy do czynienia z zamiataniem części deficytu pod dywan. Tak jest w przypadku Funduszu Drogowego, który zaciągnął pożyczki na sumę prawie 20 mld złotych. Minister finansów nie zalicza go do sektora finansów publicznych, a przecież to my będziemy wcześniej czy później musieli te długi spłacić. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych wykorzystuje obecnie stworzoną kiedyś rezerwę demograficzną – to była kwota 7,5 mld złotych. FUS musi jeszcze pożyczyć jakieś 4 mld zł, żeby do końca roku wypłacać emerytury i renty. Nie wiadomo, jaki jest stan środków europejskich. Bruksela nam przesyła transze pieniędzy, a beneficjenci na nie całymi miesiącami czekają, bo pan minister podpiera się nimi, finansując dług. Gdyby to wszystko zebrać, to okaże się, że deficyt finansów wynosi znacznie powyżej 100 miliardów.

- Czy wyprzedaż pozostałej jeszcze w rękach państwa części majątku narodowego i podniesienie stawki VAT rzeczywiście stanowi panaceum na wszystkie bolączki państwa? Wpływy z tej wyprzedaży w ciągu całej kadencji mają wynieść około 50 mld zł, a mimo to dług publiczny nawet według oficjalnych dokumentów rządowych na koniec 2013 roku ma wynieść aż 920 mld zł.


- Skoro wycofanie się Eureko z PZU opłaci skarb państwa kilkunastoma miliardami złotych (bo tyle były warte odszkodowania na rzecz Eureko i wypłacona dywidenda), a teraz słyszymy, że powtórnie będzie się sprzedawać akcje skarbu państwa w PZU, to jest po prostu granda. W normalnych czasach zostałby prawdopodobnie złożony wniosek o Trybunał Stanu dla rządu, który takie rzeczy proponuje. Polityka ministra Rostowskiego to nic innego jak grabieżcza wyprzedaż. Porównałbym ją do sytuacji rolnika-alkoholika, który wyprowadza ostatnią krowę z obory, kiedy jego dzieci nie mają mleka.

- Jaki los czeka sektor energetyczny po wyprzedaży?


- Na chwilę obecną tania energia jest jednym z naszych ostatnich atutów niskich kosztów wytwarzania. Zgodziliśmy się w tym czasie na pakiet klimatyczny na bardzo niekorzystnych dla Polski warunkach. Teraz jeżeli sprzedamy to zagranicznym podmiotom, to one będą wiedziały, ile wziąć za energię. Niedługo energia i dla przedsiębiorców i dla gospodarstw domowych zdrożeje o 100 procent.

- Problem w tym, że nawet jeżeli zostanie dokonana wyprzedaż tego sektora, nie pokryje ona długu publicznego.


- Oczywiście, że tak. Deficyt budżetowy będzie olbrzymi i odłoży się w długu publicznym. Ta wyprzedaż przy tym sposobie gospodarowania jest marnowaniem publicznych pieniędzy. My przy wzroście 3 proc. nie dajemy sobie rady, mamy tzw. deficyt strukturalny. Dopiero wzrost gospodarczy rzędu 4-5 proc. daje budżetowi pewien oddech. Rządzący cały czas twierdzą, że jesteśmy “zieloną wyspą”, tylko z tej “zielonej wyspy” nic nie wynika, bo pojawia się proste pytanie: skoro jest tak dobrze i jako jedyny kraj odnotowujemy wzrost, to dlaczego w sposób gwałtowny pogarsza się sytuacja naszych finansów publicznych? Polska gospodarka potrzebuje wysokiego wzrostu, gdyż taką ma strukturę. Dopiero wzrost 6-7-procentowy powoduje duży przyrost dochodów budżetowych, za tym idzie rosnące zatrudnienie, a rosnące zatrudnienie z kolei zmniejsza deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Funduszu Pracy, Funduszu Ochrony Zdrowia. Jeżeli jest niższy wzrost i tracimy miejsca pracy, to natychmiast w tych funduszach pojawiają się deficyty, które w jakiś sposób trzeba finansować.

Wszystkie posunięcia obecnej ekipy są plastrem, który ma dowieść rządzących do wyborów. Gdzie na świecie rządzący mogą powiedzieć, że reformują cokolwiek, podwyższając podatki? Tylko u nas, bo nie ma żadnej kontrolnej funkcji mediów. W normalnym kraju, przy wolnych mediach pomysł ten zostałby zmiażdżony.

- Poza tym w sposób negatywny na stan polskiej gospodarki wpływają proponowane przez rząd cięcia wydatków.

- To, co jest tak wyśmiewane, czyli większe zaangażowanie budżetowe dwa lata wcześniej, abyśmy nie stracili 600 tysięcy miejsc pracy, czyli wydanie kolejnych kilku miliardów złotych, absolutnie dałoby teraz już pozytywne rezultaty. My tych 600 tysięcy miejsc, które straciliśmy w ciągu ostatniego półtora roku, nie odrobimy przez wiele lat. Oznacza to, że mamy dużo mniejszy wpływ do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, do funduszu zdrowotnego, do funduszu pracy, a jednocześnie trzeba wypłacać zasiłki, więc istnieje rozziew w finansach na gigantyczną skalę.

- Jakie kroki powinien podjąć rząd, aby zmniejszyć zadłużenie?


- Rząd musi się przyznać do tego, że popełnił cały szereg błędów, które spowodowały spadek naszego rozwoju gospodarczego i to jest przyczyna dramatu w finansach publicznych. Z tej sytuacji nie ma łatwego wyjścia. Wszyscy się musimy na to złożyć. Jest w Polsce zatrudnionych 2-3 mln osób na podstawie umowy-zlecenia albo umowy o dzieło. W obydwu przypadkach koszty uzyskania przychodu z tych umów są albo 20 albo 50 proc. niższe niż w przypadku normalnego podatnika. Ten przywilej powinien przynajmniej na pewien czas zostać zlikwidowany. Reforma emerytalna w 1998 roku spowodowała, że ci wszyscy, którzy mają dochody dwunastokrotnie większe od średniego wynagrodzenia, przestają płacić składkę ZUS – to jest strata dla FUS gdzieś około 0,5 proc. PKB, tj. 7 mld złotych rocznie. Ten przywilej również powinien zostać zniesiony. Miller wprowadził 19-procentowy podatek dla przedsiębiorców. Teraz prezes banku może założyć jednoosobową firmę, zatrudnić się w tym banku jako prezes i będzie płacił nie 30, ale 19 proc. podatku, a wszystkie swoje koszty funkcjonowania wrzuci w koszty działalności tej firmy. Tego nie powinno być. Należałoby także zlikwidować przywileje emerytalne sędziów, prokuratorów, wojskowych. Tymczasem rząd Donalda Tuska zaczyna od jednoprocentowej podwyżki podatku VAT, za którą zapłacą najbiedniejsi. To jest po prostu skandal. Tak się nie postępuje w cywilizowanym państwie.

- Praktyki prowadzenia kreatywnej księgowości, manipulacje środkami unijnymi, oszczędności dokonywane nie tam, gdzie trzeba, to zaledwie kilka z długiej listy zarzutów wysuwanych pod adresem ministra Jacka Rostowskiego. Jakie będą skutki tak prowadzonej polityki finansowej państwa?

- Jeżeli dokonamy teraz jakichś drastycznych oszczędności i podwyżek podatków, to gospodarka zamiast przyspieszać w rozwoju będzie się zwijała, a to dla nas jest tragedia. Spowodują one zmniejszenie popytu, a tym samym usuną ostatnie koło zamachowe gospodarki. Tej ostatniej nie poprawi eksport, gdyż inne kraje oszczędzają, co oznacza, że eksport do nich nie będzie rósł. Trzymają nas jeszcze inwestycje związane z wykorzystywaniem pieniędzy europejskich i organizacją Euro 2012. Gdyby tego nie było, to sytuacja wyglądałaby naprawdę tragicznie. No i oczywiście kurs złotego, który poprawił opłacalność eksportu.

Wywiad ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 34 (773) z dnia 24 sierpnia 2010 r.

Logowanie