"NP" nr 34 Reszczyński: "Więcej taktu i kultury"
Nie da się zapomnieć bezwzględnej walki rządu Donalda Tuska z prezydentem Lechem Kaczyńskim w celu ograniczenia aktywności prezydenta na polu polityki zagranicznej (“mnie prezydent nie jest do niczego potrzebny” – Donald Tusk przed wizytą jego i prezydenta w Brukseli; “jeśli prezydent chce lecieć do Brukseli, to może skorzystać z wyjazdu turystycznego” - minister Tomasz Arabski, odpowiedzialny za wyjazdy polskich delegacji za granicę). Robiono wszystko, by pomniejszyć rolę Lecha Kaczyńskiego w państwie i aby zniechęcić go do korzystania z rządowej floty powietrznej. Gdy czarterował samoloty, dochodziło do przepychanek z rządem, który nie chciał pokrywać wydatków. Dziś ci sami ludzie używają określenia “prezydencki samolot”, tak jakby to nie rząd, a prezydent miał coś wspólnego z rządowymi samolotami i odpowiadał za wojskowy pułk wożący VIP-ów tupolewami. Walka z prezydentem trwała do ostatniego dnia, do 10 kwietnia br. Lot prezydenta Lecha Kaczyńskiego na uroczystości do Katynia rząd potraktował jako prywatną wyprawę “szefa delegacji” – tak nazwano prezydenta w piśmie do Rosjan. I tak Rosjanie potraktowali ten samolot z “bizantyjskim orszakiem” i stało się to, o czym mówił Bronisław Komorowski na kilka miesięcy przed tragedią w wywiadzie dla radia RMF: “prezydent poleciał i wszystko się zmieniło”. Są teraz i nowe samoloty, i jest instrukcja podróży dla “oficjeli”. “W porę” wyciągnięto wnioski, aby było bezpiecznie.
Liczne, niekiedy nawet grubiańskie gafy prezydenta Komorowskiego traktowane są przez media i polityków z wielką pobłażliwością. Znacznie mniejszego kalibru gafy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w zasadzie nie warte nawet wzmianki, spotykały się z medialną burzą. Czym jest dzisiaj dawne “spieprzaj dziadu” wypowiedziane przez Lecha Kaczyńskiego do napastującego go menela w porównaniu do ścieku pomyj szkalujących pamięć tragicznie zmarłych w katastrofie smoleńskiej. To niezbity dowód na istnienie w Polsce podwójnych standardów. Jedni mogą wszystko, inni nie mają do niczego prawa. Jedni mogą mówić, co im ślina na język przyniesie, inni muszą uważać na każde słowo. Lepsi i gorsi. Lepsi mogą dziś mówić o “bizantyjskim orszaku”, nazywając tak ludzi, których zaprosił do samolotu Lech Kaczyński. Czy mówienie o “bizantyjskim orszaku” nie jest przejawem arogancji i lekceważenia tych wszystkich generałów, ważnych urzędników państwowych, przedstawicieli środowisk katyńskich, kapelanów Wojska Polskiego, wielu wspaniałych ludzi, w tym Anny Walentynowicz, którą ze względu na wiek i zdrowie Lech Kaczyński zaprosił do tego wspólnego ostatniego lotu? Czy to był równocześnie przejaw “braku racjonalności”? I mówi to przedstawiciel środowiska “lepszych”, który umieszczanie własnych portretów we wszystkich polskich placówkach zagranicznych akceptuje jak gdyby nigdy nic. A czy to nie jest właśnie przejaw “bizantynizmu”.
Język, jakim posługuje się prezydent Bronisław Komorowski, daleki jest od jego wyborczego hasła “Zgoda buduje”. To bardzo smutna konstatacja, gdyż to dopiero początek 5-letniej prezydentury, zainaugurowany fatalnym wezwaniem do przeniesienia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Równie fatalnym jak decyzja - podjęta jeszcze w czasach, gdy Komorowski był marszałkiem Sejmu - o odsłonięciu pomnika bolszewików w Ossowie pod Warszawą, wbrew miejscowej ludności i wbrew odczuciu olbrzymiej większości Polaków. Podobnie należy też ocenić wiele decyzji politycznych i legislacyjnych podejmowanych po śmierci Lecha Kaczyńskiego, które nie uszanowały woli zmarłego prezydenta.
Polityczna atmosfera walki z obozem prezydenckim sprzed tragedii smoleńskiej trwa nadal. Uwaga na temat “bizantyjskiego orszaku” prezydenta Lecha Kaczyńskiego dowodzi, że niewiele się zmieniło. Czy tak trudno jest pojąć, że w polskiej tradycji o zmarłych nie powinno się nigdy mówić źle? Czy Lech Kaczyński w tym, co robił dla kraju, był bizantyjski?
Domagam się od prezydenta Polski więcej taktu i kultury.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem programu III PR.
Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" Nr 34 (773) z dnia 24 sierpnia 2010 r.