Kryzys państwa, kryzys władzy
Wpisany przez Kaja Bogomilska Środa, 28 Październik 2009 19:10
Polska
Z Krzysztofem Putrą, wicemarszałkiem Sejmu (PiS), rozmawia Kaja Bogomilska
– Czy po ujawnieniu afer hazardowej i stoczniowej mamy do czynienia z kryzysem państwa, kryzysem władzy, a może z jednym i drugim?
– Owszem, jest to kryzys państwa, kryzys władzy, a postawiłbym jeszcze tezę, że mamy w Polsce dodatkowo kryzys przyzwoitości. I to jest bardzo niebezpieczne. Wydaje mi się, że jest tak, iż rządzący zatracają poczucie, co to jest racja stanu, co to jest racja zwykłych obywateli. Chodzi o to, dokąd zmierza Polska i dokąd oraz przez kogo są prowadzeni obywatele Rzeczypospolitej. Uważam, że po 20 latach polskiej demokracji nastąpił czas, kiedy warto się bardzo poważnie nad tym zastanowić. To jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi, a powinno być bardzo mocno stawiane i to z kilku powodów.
To, co jest związane z aferami, czyli właśnie kryzys państwa i kryzys władzy, to jedna sprawa, a sposób, w jaki wychowujemy i uczymy młode pokolenie, to kolejny problem. Jestem pewien, że jest nad czym się zastanowić i co robić. Mówię to jako polityk i jako ojciec.
Kompromitacją klasy politycznej w czasie tego dwudziestolecia jest fakt sprowadzenia do bardzo niskiego poziomu zawodu wychowawcy i nauczyciela. Nauczyciel jest bardzo słabo wynagradzany, nie ma pozycji mistrza, przestał być autorytetem dla uczniów, ale także i dla rodziców. Jest zachwianie między prawami ucznia i prawami nauczycieli. Jednym z głównych powodów jest to, że wszystko dzieje się w gigantycznym tempie, że toniemy w powodzi słów deklaracji, z której nic by nie zostało, gdyby się to wszystko mocno ścisnęło. Obawiam się, że dziś osiągnęliśmy mistrzostwo w propagandzie. Dużo mówimy, dużo obiecujemy, a niewiele realizujemy.
– Dlaczego premier Tusk poinformowany przez ministra Kamińskiego o aferze hazardowej przez prawie miesiąc nie robił w tej sprawie nic?
– Tutaj jest dla mnie sprawa oczywista. Musiał nastąpić przeciek. Kto go dokonał, musi stwierdzić niezależna komisja sejmowa i odpowiednie organy państwa. Nie mam wątpliwości, że mieliśmy do czynienia z przeciekami, bo nagle urwały się rozmowy między tymi biznesmenami i politykami na temat tego konkretnego projektu. Z natury rzeczy nie mogę mówić o szczegółach, bo te materiały są tajne i nie została zdjęta klauzula tajności.
– Dlaczego? Przecież od tych wydarzeń upłynęło kilkanaście dni, a premier na początku zapowiedział, że ta klauzula zostanie zdjęta.
– A teraz ani on, ani prominentni politycy Platformy nie zająkną się na ten temat ani słowem. Dziś prokurator generalny – minister sprawiedliwości nie mówi o zdjęciu klauzuli. Jest lawina słów, ale nie na ten temat. Nastąpiło przesunięcie środka ciężkości z tego, co rzeczywiście wydarzyło się w trakcie procedowania ustawy hazardowej na obciążenie winą szefa CBA za wszystko, co się stało. Sytuacja jak z anegdoty o złodzieju, który wzywa do łapania przestępcy, żeby odwrócić od siebie uwagę. Obawiam się, że w trakcie afery hazardowej przeciek nastąpił właśnie na szczytach władzy.
– Przecież niezależnie od informacji od ministra Kamińskiego, premier mógł zacząć działać już wtedy, gdy minister Drzewiecki zrezygnował z dopłat na rzecz skarbu państwa ze strony właścicieli urządzeń do uprawiania hazardu...
– No właśnie. Zastanówmy się, czy ta władza szanuje swoje państwo. Można postawić taką tezę, być może jest ona zbyt śmiała, że to nie państwo, tylko prywatny folwark, w którym zasady obowiązują, ale nie wszystkich. Działanie nastąpiło przecież dopiero wtedy, gdy wszystko wyszło na jaw w „Rzeczpospolitej”. Wtedy nastąpiły dymisje i różnego rodzaju oświadczenia, ale po tym wszystkim koalicjanci mówią, że właściwie nic się nie stało, że to było ustawione, że nastąpiła próba zamachu na rząd.
– Czy te dymisje były tylko widowiskiem, które miało odwrócić uwagę opinii publicznej?
– Oczywiście, że one niczego nie załatwiły. Premier pokazał tylko, że jest twardy i potrafi zdymisjonować swoich. Dymisje odsuwają te osoby, ale przecież nie o nie chodzi, tylko o to, co w tej sprawie zostało zrobione. I o to, czy zostaną wyciągnięte konsekwencje wynikające z obowiązujących w Polsce przepisów prawa, czy wszyscy, którzy zawinili, poniosą konsekwencje, jakie – to już zależy od decyzji odpowiednich organów sądowych. Muszą być też wyciągnięte konsekwencje polityczne. W normalnych demokracjach tak się dzieje, gdy zaistnieje patologia, że posłużę się przykładem afery Watergate, która kosztowała utratę władzy prezydenta. Tak jak w technice, gdy coś się dzieje, włącza się zawór bezpieczeństwa, tak w polityce takim zaworem bezpieczeństwa są konsekwencje polityczne.
– Uważa Pan, że sytuacja do tego stopnia stała się niebezpieczna, że cały rząd z premierem na czele powinien podać się do dymisji?
– Jeśli komisja śledcza potwierdzi zarzuty to w ustroju demokratycznym nie ma innego wyjścia niż podanie się całego gabinetu do dymisji. Tego wymaga zwykła, elementarna przyzwoitość.
To nie jest sytuacja analogiczna, ale za poprzedniego rządu, gdy targały nim rozmaite patologie, a to wicepremier Andrzej Lepper, a to minister Lipiec, poprzedni premier nie bał się sformułować wniosku o samorozwiązanie Sejmu i demokratyczne wybory.
– Może politycy Platformy są przyspawani do foteli?
– Może nie tyle do foteli, co do takiego fortelu, który się nazywa PR, propaganda. Ciągle badają, czy opinia publiczna jest plastyczna, czy nie. Czy da się od siebie odwrócić uwagę i przerzucić winę na kogoś innego. Na razie ten, który wykrył nieprawidłowości, został uznany za winnego patologii, a nie ten, który w niej uczestniczył. To jest coś niebywałego. Wygrywa ten, który jest silniejszy, który ma więcej sprytu, a przecież nie o to chodzi.
– Proszę ocenić projekt Platformy dotyczący funkcjonowania komisji badającej aferę hazardową.
– Jeśli Platforma rzeczywiście chce przyzwoitości w życiu publicznym, to musi wziąć po uwagę, że Sejm zawsze bada patologię, która nastąpiła tu i teraz. Jeśli ten okres zostanie zbadany i wyjaśniony, to nie wykluczamy, że należy się przyjrzeć temu, co było wstecz. Zwykły zdrowy rozsądek nakazuje, żeby badać dokładnie. Sprawa jednak nie dotyczy historii, tylko złapania na gorącym uczynku nieprawidłowości i one powinny być przede wszystkim wyjaśnione. Platforma chce badać historię hazardu od króla Ćwieczka. To jest niedopuszczalne. My się na to nie godzimy.
– Kto powinien kierować pracami komisji?
– Na pewno powinien być to przedstawiciel opozycji w myśl starej zasady prawa rzymskiego, głoszącej, że nie można być sędzią we własnej sprawie. W wielu krajach w interesie rządzących specsłużbami kierują politycy opozycji. Wtedy jest autentyczne patrzenie na ręce. Gdyby Platforma miała czyste intencje, wzięłaby na szefa tej komisji kogoś z opozycji. Ale Platforma tego nie chce. W jednym z portali internetowych czytam wypowiedź przewidzianego na to stanowisko pana Sekuły, który mówi, że może dobrze, żeby to był ktoś z opozycji, ale jeżeli będzie to polityk PiS-u, to okaże się... nieobiektywny. Już na starcie ocenia się niewyznaczonego jeszcze polityka. Co za potężna doza arogancji. W moim przekonaniu, Platforma chce zamieść sprawę pod dywan, rozmydlić. W tej lawinie słów w ciągu 5-6 miesięcy z tej sprawy jak z balonu może uciec powietrze.
– Dlaczego nie mówi się nic o powołaniu komisji w sprawie równie groźnej afery stoczniowej?
– Zapoznałem się z jednymi i drugimi dokumentami. W moim przekonaniu afera stoczniowa jest jeszcze bardziej groźna. Jeśli chcemy, żeby Polska się rozwijała, musimy funkcjonować w prawdzie. Sprawę sprzedaży stoczni wykorzystano dla celów sensu stricto politycznych. Donald Tusk chciał mieć sukces podczas kampanii wyborczej do parlamentu europejskiego i wyraźnie o tym mówił. Nie można osiągać celu poprzez fałszywe przedstawianie rzeczywistości. A rzeczywistość była taka, że nigdy nie było tego inwestora, nie był on sprawdzony. Dowodem jest to, że po tych wszystkich rozstrzygnięciach nie ma prywatyzacji stoczni, jest natomiast utrata całego sektora polskiej gospodarki. Przemysł stoczniowy ma w Polsce duże tradycje. Może to zabrzmi pompatycznie, ale w okresie komuny robotnicy i ich doradcy właśnie ze stoczni dali impuls, by w Polsce zaistniała demokracja. Teraz używa się tego do takiej socjotechniki. Nawet Goebbels, by nie wymyślił takiego chwytu propagandowego, którego użył Tusk. Jestem załamany, do jakiego stanu można doprowadzić demokrację. Lepsza jest najgorsza prawda niż fałsz.
– Dzień po otrzymaniu materiałów w sprawie stoczni powiedział Pan, że były one porażające...
– Użyłem takiego sformułowania, dodając, że jest to „waga ciężka”. Tworzy to splątanie wątków kryminalnych i politycznych i kontekst, że przecież stamtąd przyszła wolność. Wprawdzie stocznia gdańska jeszcze funkcjonuje, ale jest jedyną, która za poprzednich rządów premiera Kaczyńskiego została jako tako sprywatyzowana.
W swoim inauguracyjnym, długością porównywalnym z wystąpieniami Fidela Castro, przemówieniu Donald Tusk 44 razy użył słowa „zaufanie”, wielokrotnie mówił o miłości, wielokrotnie mówił o nowych standardach, wielokrotnie mówił o prawdzie. Stawiam więc pytanie, jak to się ma do sprawy stoczni, jak to się ma do afery hazardowej? Jak to się ma do kontekstu podsłuchiwania dziennikarzy i wykorzystywania materiałów z tych podsłuchów przez jednego z szefów ABW w prywatnym procesie?
W kampanii wyborczej Platforma zapewniała, że stworzy rzeczywistość jak piękny kwitnący sad – i Polacy dali się na to nabrać. Ale jest pytanie: kto z tego sadu zbiera owoce i czy są one dla wszystkich?
NASZA POLSKA NR 43/2009