Niedziela, Luty 05, 2012
   
Rozmiar czcionki

Szukaj w Naszej Polsce

Nasza szlachta

Felietony

Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 

michalkiewczKażda epoka ma swój ideał. Swój ideał ma też każde środowisko. Właśnie wspólnota ideałów jest spoiwem środowisk, nawet jeśli ideałem jest, dajmy na to, wypić i zakąsić, i grunt, żeby zdrowie było. Ideały bowiem wcale nie muszą być wzniosłe, przeciwnie – im podlejszy ideał, tym większe ma powodzenie. Czyż trzeba lepszego dowodu niż utrzymująca się na niezmiennie wysokim poziomie popularność Platformy Obywatelskiej i rządu pana premiera Tuska? Inna rzecz, że nie jest pewne, czy przyczyną tej popularności nie jest z jednej strony sytuacja, że na bezrybiu i rak ryba, a w kraju ślepców jednooki jest królem, a z drugiej zdominowanie naszego społeczeństwa przez rzesze półinteligentów, którzy są na tyle inteligentni i spostrzegawczy, by zauważyć, iż są zaledwie półinteligentami i główną ich troską jest ukrycie tej wstydliwej okoliczności. Najbezpieczniejszym sposobem jest śpiewanie w chórze i dlatego lewica polityczna z reguły jest lepiej zorganizowana niż prawica. Ale lewica nie jest jeszcze ideałem. Ideałem są tajniacy ze swoimi konfidentami.
 W ten sposób dochodzimy do personifikacji ideału, bo – jak zauważył jeden z bohaterów poematu „Towarzysz Szmaciak”, niejaki Rurka – „poezji nikt nie zji”, a ideał w postaci czystej, niechby nawet najbardziej plugawy, jest jednak rodzajem poezji. No dobrze, ale w kim zazwyczaj personifikują się ideały? Wydaje się, że ideały personifikują się w szlachcie. Na przykład z połączenia ideału barbarzyństwa, jakim – co tu ukrywać – w tzw. wiekach ciemnych, a i później też, charakteryzowali się mieszkańcy Europy z ideałem chrześcijańskim, wykształcił się etos rycerski, czyli owszem – kult siły – ale w służbie słabości.
 Resztki tego etosu rycerskiego siłą inercji dotrwały u nas do drugiej wojny światowej, by zniknąć razem z warstwą społeczną zlikwidowaną przez komunistów. Ale żadne społeczeństwo bez szlachty istnieć nie może, co zauważyły nawet zwierzęta w sławnym folwarku, bo chociaż wszystkie zwierzęta są równe, to przecież niektóre są równiejsze od innych. I tak jak na folwarku równiejsze okazały się świnie, tak w naszym społeczeństwie partia wytworzyła wkrótce namiastkę szlachty w postaci tzw. nomenklatury. Jak wiadomo, obsadzenie pewnych stanowisk w gminie wymagało decyzji komitetu gminnego PZPR i w partyjnym żargonie nazywało się to, że te stanowiska są „w nomenklaturze komitetu gminnego”. Podobnie było w powiecie, w województwie i w państwie, gdzie w grę wchodziła oczywiście „nomenklatura Komitetu Centralnego”. Ludzi obsadzających te stanowiska lub przestępujących z niecierpliwością z nogi na nogę w tzw. rezerwie kadrowej nazywano potocznie „nomenklaturą”. Teoretycznie ta odmiana szlachectwa nie była dożywotnia, chociaż w praktyce nomenklaturowcy robili sobie na rękę – oczywiście pod warunkiem odnawiania homagium, czyli przysięgi wierności partii w sojuszu ze Związkiem Radzieckim. W przeciwnym razie taki nomenklaturowiec był wyrzucany w ciemności zewnętrzne, gdzie, jak wiadomo – tylko płacz i zgrzytanie zębów.
 Transformacja ustrojowa z tego punktu widzenia wprowadziła pewien zamęt, bo wprawdzie nomenklatura, czując już od 1985 roku pismo nosem, zaczęła się uwłaszczać, to znaczy – rozkradać socjalistyczny majątek państwowy, przygotowując się w ten sposób do zajęcia wysokiej pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych, ale bogacili się również ludzie spoza nomenklatury. W rezultacie warstwa ludzi zamożnych przestała być jednolita ideowo i obyczajowo, tym bardziej że byli partyjniacy często stawali się ostentacyjnie pobożni. Wreszcie u progu trzeciego tysiąclecia wyklarowała się nowa warstwa szlachecka.
 Z przyjemnością stwierdzam, że fakt istnienia tej nowej szlachty został ostatnio potwierdzony w dzienniku „Dziennik” przez samą panią red. Monikę Olejnik. Komentując konflikt, jaki pojawił się między premierem Donaldem Tuskiem a panem Mariuszem Kamińskim, odwołanym niedawno przez premiera z funkcji szefa CBA, pani red. Olejnik napisała m.in., że zamiast podejmować wątpliwą pod względem prawnym i fatalną z punktu widzenia politycznego decyzję, lepiej byłoby pozbawić pana Mariusza Kamińskiego certyfikatu dostępu do informacji niejawnych i w ten sposób pozbawić go nie tylko możliwości piastowania funkcji szefa CBA, ale w ogóle jakichkolwiek ważniejszych stanowisk publicznych. Pani red. Olejnik, chociaż mimowolnie, to bardzo precyzyjnie, wskazała na podstawowy dzisiaj akt nobilitujący. Rzeczywiście – ważne stanowiska publiczne może piastować tylko osoba wyposażona w taki certyfikat, zaś pozbawienie go podobne jest do degradacji w carskiej armii, połączonej, jak wiadomo, że zrywaniem epoletów, łamaniem szabli i odsyłaniem w szeregi prostych sołdatów. Krótko mówiąc, certyfikat dostępu do informacji niejawnych stanowi u nas współczesny odpowiednik dawnych dyplomów nobilitacyjnych, oznaczających kooptację do stanu szlacheckiego. Warto w związku z tym zwrócić uwagę, że o ile dyplomy nobilitacyjne wydawali królowie albo Sejm – o tyle certyfikaty dostępu wydawane są przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego – kontynuatorkę Urzędu Ochrony Państwa, który jest kontynuacją dawnej Służby Bezpieczeństwa, a z kolei ona – kontynuacją UB, który swoje kadrowe korzenie wywodzi z sowieckiego NKWD, a konfidenckie – z niemieckiego gestapo. Ale mniejsza już o te rodowody („oto rodowód jest rodziny żony Wuera – Wuerzyny”), bo ważniejsze, iż jest to jeszcze jedna poszlaka wskazująca, że punkt ciężkości władzy leży poza konstytucyjnymi organami państwa – właśnie w środowisku tajniaków, których najtwardszym jądrem jest razwiedka wojskowa. Więc w końcu doczekaliśmy się szlachty, którą pani red. Olejnik pokazała nam nieubłaganym palcem. 
Stanisław Michalkiewicz
NASZA POLSKA NR 43/2009

Artykuły ponadczasowe

Listy poparcia i petycje

Polecamy/zapraszamy

Logowanie