Kulisy podpisania dziesięcioletniej umowy pomiędzy amerykańską spółką GTech a Totalizatorem Sportowym zasługują na uwagę komisji śledczej. Przy okazji afery hazardowej wypłynął bowiem interesujący wątek. Minister sportu Mirosław Drzewiecki miał nie tylko zabiegać o „właściwy” kształt ustawy hazardowej, ale również wspierać Ryszarda Sobiesiaka – słynnego „Rycha” – w znalezieniu dobrze płatnej pracy dla jego córki. Szef gabinetu politycznego ministra, Marcin Rosół, proponował Magdalenie Sobiesiak m.in. funkcję wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu, jednak biznesmenowi zależało na ulokowaniu córki w zarządzie Totalizatora Sportowego. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, choć niewiele brakowało: panna Sobiesiak figurowała już formalnie jako kandydatka, lecz w przededniu rozmowy kwalifikacyjnej wycofała się, ostrzeżona przez Rosoła – ten zaś najpewniej wiedział już, że kontaktami polityków PO interesuje się CBA.
Sobiesiak doskonale wiedział, o co gra, próbując zdobyć wpływy w Totalizatorze. Mimo poważnych przeobrażeń, jakie w ostatnich latach zaszły na polskim rynku hazardowym, TS wciąż jest jego największym uczestnikiem (w 2000 r. miał ok. 57 proc. udziału, obecnie ok. 17 proc.). I choć spółka nadal w całości należy do skarbu państwa – a może właśnie dlatego – wiele prywatnych firm z zazdrością spogląda na byłego monopolistę. Jak kuszące bywają kontrakty z TS, dobrze ilustruje historia amerykańskiej firmy GTech.
Wojna o lottomaty
Twórcą GTech był Wiktor Markowicz, absolwent matematyki na Uniwersytecie Warszawskim, który w 1964 r. wraz z rodzicami i siostrą wyemigrował do Izraela. Sześć lat później osiadł w Nowym Jorku, gdzie z dwoma wspólnikami założył GTech – firmę, która błyskawicznie opanowała 80 proc. światowego rynku loteryjnego. Do Polski weszła tuż po zmianie ustroju i już w 1991 r. zawarła z Totalizatorem umowę na wdrożenie lottomatów działających w trybie on-line. Następny kontrakt – między GTech (i jej polskim przedstawicielem, spółką Grytek) a TS – na obsługę systemu on-line podpisano w maju 2001 r. Na jego mocy w kolekturach pojawiły się lottomaty nowej generacji.
Podpisanie tej umowy poprzedziło jednak wielomiesięczne zamieszanie w państwowej spółce: dwukrotnie zmienił się prezes TS (wiosną 2000 r. Sławomira Sykuckiego zastąpił Władysław Jamroży, odwołany już w marcu 2001 r.), we władzach trwał konflikt, a kolejni ministrowie skarbu tracili posady, zanim zdążyli podjąć wiążące decyzje. Ostatecznie nowy kontrakt z Amerykanami zaakceptowała minister Aldona Kamela-Sowińska, która wkrótce odeszła razem z całym rządem Buzka. Umowa jednak przetrwała – i to na dziesięć lat. Bez niej GTech nie miałby w Polsce nic do roboty, bo Totalizator jest tu jego jedynym klientem (na świecie obsługuje ponad 100 loterii). Nie wiadomo, ile firma na tej współpracy zarobiła, gdyż obie strony zachowują to w tajemnicy. Prezes GTech Polska Jacek Kierat stwierdził niedawno, że „w Polsce zainwestowaliśmy dotychczas w rozwój 326 mln zł”, nie ujawnił jednak, jak kwota ta ma się do zysków. Warto tylko przypomnieć, że kilka lat temu prasa wyceniała umowę z 2001 r. na 250–300 mln dolarów.
Po zawarciu kontraktu wokół współpracy Amerykanów z TS było raczej cicho – z jednym istotnym wyjątkiem. W październiku 2006 r. „Puls Biznesu” opublikował serię tekstów o Józefie Blassie. Otóż Blass, będąc konsultantem GTech, otrzymał od firmy aż 20 mln dolarów właśnie za umowę z TS z 2001 r. Rzecz wyszła na jaw podczas przesłuchań samego zainteresowanego przez urzędników Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego stanu Teksas, którzy przyjrzeli się działalności hazardowego potentata. Blass przyznał, że konsultantem GTech został dzięki osobistej znajomości z Markowiczem, że nie rozliczał się ani według stawek godzinowych, ani prowizyjnie od przychodów czy zysków, sam zaś nie miał angażować się w „działalność konsultacyjną” w Polsce – zatrudniał natomiast dwie osoby do „monitorowania polskiego rządu”, zabraniając im posługiwania się jego nazwiskiem. Te enigmatyczne wyjaśnienia pozwalają przypuszczać, że owe 20 mln dol. było po prostu wynagrodzeniem za skuteczny lobbing na rzecz GTech. Czy przypominał on ten w wykonaniu „Rycha” i „Zbycha”? Raczej nie – Józef Blass to postać z nieporównanie wyższej półki, dysponująca znacznie bardziej wpływowymi znajomościami.
Poszukiwacz sprzeczności
By pojąć wpływy i możliwości tej postaci, trzeba cofnąć się do jego młodości. Józef (rocznik 1945) był synem Bronisława Blassa, który w czasach stalinizmu kierował Wydziałem Finansowym Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego – będąc bliskim współpracownikiem Hilarego Minca – a po 1956 r. został wiceprezesem NBP i kierownikiem Katedry Finansów SGPiS. Młody Blass ukończył warszawskie liceum im. Gottwalda, a następnie studia matematyczne. Jeszcze jako licealista należał do Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności przy Staromiejskim Domu Kultury ZMS, skupiającego głównie dzieci PRL-owskiej nomenklatury, w znacznej części – podobnie jak on – pochodzenia żydowskiego. Do klubu należeli m.in. Adam Michnik, Jan Tomasz Gross, Jan Lityński, Marek Borowski, Seweryn Blumsztajn, Helena Góralska (późniejsza posłanka UD i UW) czy Michał Kleiber (minister nauki w rządach SLD, później doradca prezydenta RP i prezes PAN). Wielu z nich było szkolnymi kolegami Blassa. Po marcu 1968 r., gdy jego ojca usunięto z pracy i partii, cała rodzina wyjechała do USA. Tam Józef wykładał matematykę na uniwersytetach Ohio i Michigan. Profesurę – w dziedzinie pediatrii – zdobyła w Ameryce także jego żona, Ewa Schaff-Blass, córka prof. Adama Schaffa, czołowego ideologa marksizmu w PRL.
Więcej tekstów w dziale Felietony…
Poza nauką Blass zajmował się również biznesem: kierował m.in. bankiem inwestycyjnym Capital Management Corporation w Michigan, a później założył Pension Research Institute, dostarczający programy amerykańskim towarzystwom emerytalnym. Mimo intensywnego życia za oceanem nie zrywał więzi z krajem – przed 1989 r. wspierał opozycję, a po przełomie pojawił się w Polsce jako doradca i praktyk biznesu. Doradzał kolejnym rządom przy reformie ubezpieczeń, choć nie zawsze go słuchano, przez co potem krytykował część przyjętych rozwiązań. Był też właścicielem spółki transportowo-spedycyjnej Euroad, na której czele postawił Grzegorza Bielowickiego, dawnego szefa młodzieżówki UD i UW; pracę u Blassa zaproponował Bielowickiemu znany poseł tej partii Zbigniew Janas. Euroad nie był zresztą jedyną inwestycją amerykańskiego profesora – do innych należały Radpol, Euromag, Metalplast-System czy zakłady ceramiczne w Łysej Górze. Każde z tych przedsięwzięć to odrębna historia, niemająca jednak bezpośredniego związku ze sprawą GTech.
Znajomy prezydentów
Równo dziesięć lat temu, w październiku 1999 r., prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył Józefa Blassa (oraz kilkoro innych obywateli USA) Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP „za wybitne zasługi w rozwijaniu polsko-amerykańskiej współpracy naukowej, za promowanie polskiej gospodarki, nauki i kultury, za rozpowszechnianie wiedzy o Polsce”. Po uroczystości w Pałacu Prezydenckim Kwaśniewski wyjaśnił, że chodzi o działalność Fundacji Mikołaja Kopernika na Uniwersytecie Michigan (współtworzonej przez Blassa w 1973 r.), a przede wszystkim o zorganizowanie w Ann Arbor, w kwietniu 1999 r., konferencji „Wynegocjowany upadek komunizmu. Polski Okrągły Stół 10 lat później”. Wzięli w niej udział m.in. sam Kwaśniewski, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Jan Lityński, Zbigniew Bujak, Mieczysław F. Rakowski, prof. Janusz Reykowski, Stanisław Ciosek, Aleksander Hall, prof. Wiesław Chrzanowski, Lech Kaczyński oraz biskupi Bronisław Dembowski i Alojzy Orszulik. Od tej pory Uniwersytet Michigan stał się ulubioną amerykańską uczelnią Kwaśniewskiego (bywał tam wielokrotnie), a Blass zawarł z ówczesnym prezydentem bliską znajomość. Naukowca-biznesmena zdążył także poznać kolejny prezydent, Lech Kaczyński – ich rozmowa odbyła się w lutym 2006 r. podczas jego wizyty w USA, z udziałem prezydenckich ministrów: Roberta Draby, Leny Dąbkowskiej-Cichockiej i Ewy Junczyk-Ziomeckiej, a także prof. Michała Kleibera, licealnego kolegi Blassa z klasy w liceum im. Gottwalda.
Czekając na nową umowę
Gdy przed trzema laty „Puls Biznesu” ujawnił podejrzaną rolę Blassa w podpisaniu kontraktu GTech z Totalizatorem, wszyscy jego wpływowi polscy znajomi zapewniali, że o tej stronie działalności profesora nie mieli pojęcia. Jakkolwiek było, nie ulega wątpliwości, że okoliczności zawarcia tej umowy – podobnie jak skala wpływów i znajomości Blassa w elitach III RP – powinny zostać wyjaśnione. Mogłaby zająć się tym powstająca właśnie komisja śledcza ds. afery hazardowej, zwłaszcza że umowa z 2001 r. wygasa za dwa lata, co oznacza, że starania o jej przedłużenie lub wybór nowego kontrahenta zapewne już się rozpoczęły.
Redakcja „Naszej Polski” skierowała do rzecznika Totalizatora Sportowego pytania: 1. Jakie umowy łączą dziś TS z firmą GTech, kiedy je zawarto, jak długo obowiązują i jakie usługi GTech obecnie świadczy? 2. Czy podobne umowy wiążą Totalizator z innymi firmami zewnętrznymi? 3. Czy można oszacować, ile GTech dotąd zarobił na tej współpracy (w złotówkach)? 4. Czy TS planuje przedłużenie umów z GTech, a jeśli tak – na jaki okres? Zamiast odpowiedzi otrzymaliśmy wyjaśnienie podpisane przez Jarosława Tomaszewskiego (głównego specjalistę w Zespole PR i Komunikacji TS): „Szanowny Panie Redaktorze, sprawy, o które Pan pyta, są objęte tajemnicą przedsiębiorstwa lub tajemnicą handlową, a zatem proszę wybaczyć, ale nie mogę udzielić Panu odpowiedzi”.
„Nasza Polska” nr 43/2009




